
Staram się z żoną, aby co roku odłożyć pieniądze na krótszą lub dłuższą zagraniczną wycieczkę. Na koniec 2024 roku planowaliśmy wyprawę na ptaki do Omanu, która jednak nie wypaliła, postanowiliśmy więc poszukać innego równie lub nawet bardziej atrakcyjnego kierunku wyprawy. Udało nam się zebrać całkiem solidny budżet, dlatego szukaliśmy kierunku egzotycznego. Wybór padł na Azję i Sri Lankę. Cejlon zdawał się oferować nam wszystko, czego szukamy na wyprawach. Ciekawą kulturę, ciepły klimat, bajkowe krajobrazy, piaszczyste plaże i dziką przyrodę.
Rozpocząłem zatem research i okazało się, że Sri Lanka nie tylko jest w naszym zasięgu finansowym, ale też oferuje mi niezwykłe bogactwo endemicznych gatunków ptaków. Zamówiłem zatem bilety lotnicze, a chwilę później podręcznik do identyfikacji cejlońskich ptaków. Następnie siadłem do eBird i przeszukałem wyspę w poszukiwaniu miejscówek, które nie tylko będą obfitowały w dzikie ptaki, ale też dadzą nam okazję do zapoznania się z niezwykłą kulturą Sri Lanki.


Wrony orientalne i czaple siodłate to najbardziej pospolite ptaki Sri Lanki, spotykaliśmy je dosłownie wszędzie i w ogromnych ilościach.
Sri Lanka, pomimo że nie jest dużym krajem, to jest bardzo zróżnicowana. Wyspa dzieli się na strefy mokrą i suchą, które zmieniają się zależnie od pory roku. Nasza wycieczka była zaplanowała na styczeń kiedy to najlepsza pogoda jest w zachodniej i południowej części wyspy. Podczas researchu okazało się również, że ptaki, które chciałbym znaleźć, także występują bardzo lokalnie i żeby spełnić zakładany cel będziemy musieli sporo podróżować po wyspie. Po dłuższym namyśle opracowaliśmy plan, który wprawdzie nie okazał się idealny, ale dał nam możliwość zobaczenia wielu ciekawych miejsc i spotkania mnóstwa egzotycznych ptaków i zwierząt.
Nasz plan podróży po Sri Lance kształtował się następująco:
Plan okazał się dobry, ale nie idealny, kiedy rezerwowałem, noclegi wydawało mi się, że z tych lokacji będziemy mieli bardzo blisko do miejsc, które chcieliśmy odwiedzić. Niestety transport na Sri Lance zajmuje mnóstwo czasu nawet kiedy nie korzysta się z komunikacji publicznej. W efekcie mamy powody, żeby jeszcze kiedyś tam wrócić 

Zanim dotarliśmy do naszej pierwszej lokacji na południu wyspy, nasz kierowca zawiózł nas w kilka ciekawych miejsc. Na początek na moją prośbę pojechaliśmy Bellanvila Attidiya Sanctuary gdzie przespacerowaliśmy się wzdłuż kanału Nedimala. Pierwszy birdwatching na Sri Lance były bardzo ekscytujący. Początkowo nie wiedziałem, w którego ptaka mam celować obiektywem. Na tym etapie niemal wszystkie ptaki Sri Lanki były dla mnie nowe i nie wiedziałem, czy mam akurat jedyną niepowtarzalną okazję na sfotografowanie nowego gatunku, czy będzie on się pojawiał w każdym miejscu, które odwiedzimy. Na koniec wycieczki okazało się, że wszystkie poza jednym ptakiem tam spotkanym będę widywał jeszcze często. Tym, którego widziałem tylko tam, był bączek żółtawy polujący w szuwarach.
Dużo emocji w tym miejscu wzbudziło w nas również pierwsze spotkanie z wyjątkowo wielkim waranem, który chillował sobie na moście. Później widywaliśmy te gady jeszcze wielokrotnie, ale z tak bliska i tak dużego osobnika mieliśmy okazję obserwować tylko tu.

Po drodze zatrzymaliśmy się też w kilku innych miejscach, ale nie związanych z ptakami, a w tym artykule właśnie na birdwatchingu chce się skupić, więc nie będę Was zanudzał
Nasza pierwsza lokacja noclegowa była ulokowana pomiędzy morzem, mokradłami a laguną Rekawa. Jak nietrudno się domyśleć wybrałem to miejsce głównie z powodu chęci obserwacji ptaków wodnych, ale nie tylko. Plaża przy naszym hotelu zupełnie nie nadawała się do pływania w morzu z powodu bardzo silnych i wysokich fal, jednak było to bardzo istotną zaletą. Na plażę właśnie styczniowymi nocami, korzystając z silnych fal wlewających się na brzeg, wychodzą samice żółwi morskich, aby złożyć jaja. Wystarczy wyjść na nocny spacer po plaży i można spotkać wielkie żółwie. My mieliśmy takie szczęście już drugiej nocy. Swoją drogą zupełnie odradzam skorzystania z usług Turtle Watch. To nic innego jak pobieranie opłaty za wejście na plaże jednym konkretnym wejściem. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby wejść na plaże bezpłatnie innym wejściem, wystarczy mieć ze sobą latarkę.

Okolice naszego pierwszego hotelu okazały się idealne do obserwacji ptaków. Byłem bardzo zaskoczony pustkami, jakie panowały nad morzem i na lagunie, ale za to okoliczne podmokłe pastwiska i liczne zadrzewienia zrekompensowały mi to w 100%. Pierwsze dni pobytu spędziłem na fotografowaniu tych najbardziej pospolitych i łatwo osiągalnych gatunków. Było ich całe mnóstwo, ale dość szybko zacząłem łapać się na tym, że widuje ciągle te same. Dlatego już po dwóch dniach zacząłem być bardziej wybredny i szukałem trudniej osiągalnych ptaków. W okolicy hotelu udało mi się znaleźć całą masę ciekawych ptaków. Poniżej mała galeria.







































A to nadal nie wszystko, bo do galerii wrzuciłem tutaj tylko ptaki, które były nowe na mojej lifeliście. Poza tymi, które widzicie w galerii spotkałem również w Rekawie również bieliki białobrzuche, kanie bramińskie, warzęchy, sieweczki morskie, sieweczki rzeczne, rybitwy rzeczne, wielkodziobe i białowąse, kleszczaki azjatyckie, sroczki zmienne, perkozki, majny brunatne, ślepowrony i wszędobylskie synogarlice perłoszyje.
Każdy dzień był przepełniony emocjami związanymi z obserwacją nowych gatunków. Z wypiekami na twarzy obserwowałem, jak wydłuża się moje życiowa lista. A szczytem szczęścia, jakie spotkało mnie w tym miejscu było wypatrzenie z plaży delfin. Według lokalnego znawcy, najprawdopodobniej było to butlonos indyjski. Co prawda na zdjęciu udało mi się uchwycić tylko jego płetwę grzbietową, ale obserwacja i tak bardzo cieszy.

Przebywając na południowym wybrzeżu, planowaliśmy również wybrać się na zwiedzanie miasta Galle oraz zabytkowego fortu wojennego, który się tam znajduje. Po drodze zaplanowaliśmy również wizytę w rezerwacie przyrody Kottawa, gdzie naszym przewodnikiem był super sympatyczny Rohan. Oprowadził on nas po dżungli, opowiadając o lokalnych gatunkach roślin oraz zwierząt. Ptaków nie widzieliśmy tam prawie w ogóle, bo udało się zaobserwować jedynie kwiatówki i bilbila czarnoczubego. Za to znaleźliśmy kilka bardzo ciekawych zwierząt.





Zwiedzając rezerwat, należy się naszykować na inwazje krwiożerczych pijawek. Nie są to pijawki jak u nas, pijawki w Sri Lance poruszają się po lądzie, wspinają na buty i bezlitośnie kąsają. Polecam uważać, bo naprawdę bardzo łatwo je złapać, a odrywanie ich od ciała jest dość bolesne.
Również przechadzając się po zabytkowym forcie w Galle, udało mi się wypatrzeć kilka ciekawych ptaków. Po niebie fruwały salangany brunatne, czubiki koroniaste, jaskółki cejlońskie i indyjskie, a nawet udało się wypatrzeć jerzyka nepalskiego. Na morzu zaś zauważyłem sporą grupę rybitw odpoczywających na obmywanej przez fale skale. Udało się zidentyfikować wśród nich rybitwy bengalskie i żółtodziobe.







Jednym z obowiązkowych punktów programu dla ptasiarza wybierającego się na cejlońską wyspę powinno być safari w Parku Narodowym Udawalawe. Wybraliśmy się tam pewnego dnia jeszcze przed świtem i skorzystaliśmy z usługi proponowanej przez kolegę naszego kierowcy, co było okropnym błędem, bo zostaliśmy oszukani. Ruch w Parku Narodowym odbywa się tylko w samochodach terenowych, więc żeby go zwiedzić, należy wynająć auto i zapłacić za bilet. Bilety do Parku obowiązują na cały dzień, ale tylko na jednorazowy wjazd, więc jeżeli wyjedzie się z Parku i chce się wrócić trzeba zapłacić ponownie.
Wynajmując auto, popełniłem straszny błąd, nie dopytałem na jakiś czas, ów wynajem będzie obowiązywał. Biorąc pod uwagę cenę, jaką zapłaciliśmy oraz zasady działania biletów wstępu wydawało mi się to oczywiste, że wynajem jest na cały dzień. Niestety już po 3 godzinach safari kierowca naszego Jeepa wyjechał z parku pomimo moich protestów. Na koniec pokłóciłem się tylko z właścicielem Jeepa, zaoferował on jeszcze 3 godziny, ale biorąc pod uwagę zasady parku, musielibyśmy ponownie kupić bilety wjazdu. W efekcie zapłaciłem 100 dolarów za 3 godziny wynajmu Jeepa i po 2×20 dolarów za wjazd. Mimo oszustwa, na które jak frajer dałem się złapać, ten dzień wcale nie był tragiczny. Te 3 godziny jazdy po trawiastych równinach pełnych gęstych krzaków, rozlewisk rzeki Walawe przyniósł mi całą masę obserwacji nowych gatunków ptaków. Co więcej, wiele z tych gatunków widziałem tylko tam.


















Poza całą masą ptaków, które były dla mnie zupełnie nowe widzieliśmy także sporo gatunków, które obserwowałem już wcześniej w Tajlandii i trochę gatunków występujących w Europie jak np. ślepowrony, warzęchy, czaple białe i siwe czy dudki. Park Udawalawe zdecydowanie kryje w sobie jeszcze więcej ptaków, których nie udało nam się odkryć. Ptaki Sri Lanki to jednak niejedyna grupa dzikich zwierząt, które bardzo przyjemnie ogląda się z pokładu auta terenowego. Tego dnia obserwowaliśmy również liczne słonie indyjski, krokodyle, jelenie Aksis oraz mieliśmy szczęście natknąć się także na szakala złocistego.




Jeżeli czytasz ten artykuł z myślą o organizacji wycieczki na ptaki Sri Lanki, zdecydowanie zarezerwuj jeden dzień na safari w Parku Narodowym Udawalawe.
Jeszcze na długo przed wylotem, podczas przygotowania do wycieczki znalazłem kontakt do lokalnego ptasiarza, który zaserwował mi kilka praktycznych rad. Za jego namową skontaktowałem się z jego kolegą Sadunem, który mieszka w okolicy miasta Tissamaharama. Sandun miał pokazać nam okoliczne sowy, szczególnie te, które możliwe jest zlokalizować jeszcze za dnia. Obiecywał, że odwiedzimy kilka miejsc, w których mamy szansę obserwować ketupę bosonogą, sowicę brunatną, sóweczkę prążkowaną oraz syczka indyjskiego. Po zmroku mieliśmy też odwiedzić lokację, w której często widywał płomykówki. Sandun okazał się bardzo sympatycznym i rozmownym przewodnikiem. Jeździł przed nami skuterem, prowadząc naszego kierowcę w dość trudne i w ogóle nieoczywiste, jak na obserwację dzikich ptaków miejsca. Na początku klucząc, w wąskich uliczkach znaleźliśmy wszystkie cztery gatunki sów, które obiecywał.




Po emocjonującej obserwacji sów ruszyliśmy nad jedno z wielkich jezior, gdzie wybraliśmy się na spacer wzdłuż brzegu. Tam udało się znaleźć pierwszego dzięcioła na Sri Lance – sułtannika cejlońskiego. Po strzeleniu kilku fotek ruszyliśmy w miejsce sławne z powodu latających lisów. Tak, to nie pomyłka, na Sri Lance żyją latające listy. To bardzo specyficzny gatunek ogromnych nietoperzy, których pyszczki naprawdę przypominają lisy.
Wizyta w tym miejscu okazała się świetnym pomysłem, mieliśmy tam okazję obserwować kolejne krokodyle, bardzo dużą kolonię ślepowronów, wśród których nawet na chwilę pokazał się bączek czarny, któremu niestety nie zdążyłem zrobić fotografii. Zostało mi to jednak bardzo szybko wynagrodzone, bo znaleźliśmy tam również wojownika indyjskiego pożywiającego się świeżo upolowana czaplą siodłatą, widzieliśmy rybożera białosternego na gnieździe i bociana białoszyjego spacerującego po polu ryżu. A chwilę po zmroku pokazały się dwie płomykówki!






Sandun prowadzi swój maleńki biznes polegający na oprowadzaniu po okolicy miasta Tissamaharama zagranicznych turystów. Jest super sympatycznych chłopakiem, z dużą wiedzą o lokalnych ptakach i innych zwierzętach. Oferuje wycieczki trwające od kilku godzin do całodniowych z nocną wyprawą na sowy i węże. Jak na europejskie standardy jego stawki nie są zbyt wygórowane, więc każdemu z Was serdecznie polecam kontakt z Sandunem i skorzystanie z jego oferty.
Ornitologiczną wycieczkę wkoło Tissamaharamy możesz zamówić na stronie – https://srilankabirds.com/
Po fantastycznym pobycie na południowym wybrzeżu ruszyliśmy w kierunku dżungli Sinharaja. Plan był prosty, wyjechać dość wcześnie, aby załapać się jeszcze na popołudniowy spacer w okolicy naszego skromnego miejsca noclegowego, a następnego dnia z rana ruszyć z przewodnikiem do Parku Narodowego. Niestety plan, pomimo że niezbyt skomplikowany okazał się niemożliwy do realizacji. Przede wszystkim okazało się, że droga do naszego noclegu trwała około 5 godzin, pomimo że do pokonania mieliśmy tylko kilkadziesiąt kilometrów. Zmuszeni byliśmy jechać bardzo powoli po wąskich i zniszczonych dróżkach wiodących po górskiej grani. Widoki były spektakularne, ale niestety w większości przesłonięte przez deszcz. Po długiej i męczącej podróży dotarliśmy na miejsce, niestety bardzo mocny deszcz nie dawał za wygraną.


Zatrzymaliśmy w malutkiej noclegowni na skraju dżungli, dzięki temu nawet pomimo ulewy udało się zobaczyć kilka ciekawych gatunków ptaków. A kiedy późnym popołudniem deszcz na chwilę ustał, od razu ruszyłem na poszukiwania. W efekcie znalazłem ikoniczne ptaki Sri Lanki – papugi zwisogłówki złotawe. Dzięki pomocy właściciela naszego noclegu miałem okazję także obserwować szczeciaki równosterne, trerony żółtolice, szlarniki cejlońskie i indyjskie, kilka dziwogonów i na deser pojawił się także endemiczny pstrogłów żółtoczelny.







Wieczorem już po zachodzie słońca, nadal w strugach deszczu wracając z kolacji, w świetle latarki zauważyłem duży kształt na końcu jednej z tyczek zatkniętych na pastwisku, na które mieliśmy widok z tarasu. Przyświeciłem mocniej i osłupiałem. Pierwsza myśl = puchacz jarzębaty! Właściciel noclegu nawet wspominał mi przed kolacją, że widuje tę sowę w okolicy. Niestety kiedy pobiegłem po aparat i poprosiłem żonę o przyświecenie latarką w stronę ptaka, okazało się, że to tylko ketupa bosonoga, którą oglądałem dwa dni wcześniej z Sandunem.

Następnego dnia spotkało nas największe rozczarowanie z całej naszej podróży po Sri Lance. Deszcz, a raczej ulewa, nie ustała nawet na minutę podczas nocy, a o poranku tylko się nasiliła. Po krótkiej rozmowie z naszym przewodnikiem doszliśmy do wniosku, że w takich warunkach wycieczka do wnętrza dżungli Sinharaja nie tylko nie ma większego sensu, ale może być nawet niebezpieczna. Mając na uwadze to i fakt, że po takiej wycieczce czekałaby na nas kilkugodzinna podróż do kolejnego miejsca, zrezygnowaliśmy. Miejsce, które miało kryć najwięcej endemicznych gatunków Cejlonu, nadal pozostaje dla mnie tajemnicą. Wielka szkoda.
Ponieważ w okolicy dżungli Sinharaja non stop padało postanowiliśmy wyruszyć do miasteczka Sigiriya w centrum wyspy już o poranku. Deszcz lał nieprzerwanie przez pierwsze dwie godziny jazdy, co tylko nas utwierdziło w przekonaniu, że wyprawa w takich warunkach do dżungli nie miała sensu i podjęliśmy słuszną decyzję. Tym bardziej że trasa do Lwiej Skały okazała się dodatkowo bardzo długa i trudna. Dopiero po 6 godzinach dotarliśmy na miejsce, w którym również okazało się, że padało przez cały czas. Był to dzień, który w zasadzie w całości spędziliśmy w aucie i patrząc z perspektywy czasu, całkiem nieźle się złożyło, że załamanie pogody przytrafiło się akurat tego dnia.
Poprawa pogody nastąpiła już rankiem kolejnego dnia, co oczywiście postanowiłem wykorzystać. Wyszedłem na krótki spacer, zanim jeszcze moja żona się obudziła. Ominąłem kilka pól ryżowych, na których żerowały ibisy i przeczesałem okoliczny las oddzielający nasze miejsce noclegowe od wejścia do kompleksu Lwiej Skały. Była to bardzo dobra decyzja, ponieważ na polach ryżowych widziałem tylko gatunki, które znalazłem już wcześniej na południu wyspy. W lesie za to trafiło mi się kilka bardzo skrytych, ale ciekawych gatunków, które wydłużyły moją życiową listę.



Po śniadaniu spakowaliśmy plecak i ruszyliśmy na Lwią Skałę. Przy kasie biletowej były jednak takie ogromne kolejki, że oboje straciliśmy ochotę płacić 30 dolarów od osoby, aby potem stać w bardzo długiej kolejce turystów czekających na wejście na ikoniczną skałę. Dowiedzieliśmy się jednak od pewnego lokalsa, że całkiem niedaleko stamtąd jest druga skała w malowniczy sposób górująca na dżunglą, z której też jest piękny widok na Lwią Skałę. Postanowiliśmy zatem tam spróbować szczęścia. Grzecznie odmówiliśmy hordzie kierowców TukTuków, którzy chcieli nas tam zawieźć i ruszyliśmy spacerem przez las w stronę skały Pidurangala.
Na miejscu okazało się, że i tutaj obowiązuje opłata za wejście, uzasadniona potrzebą utrzymania świątyni, która znajduje się u podnóża skały. Cena była jednak nieporównywalnie niższa, a i kolejka nie była czymś, czym trzeba się było przejmować. Drogę na górę w zdecydowanej większości stanowiły schodki, a tylko ostatnie kilkadziesiąt metrów trzeba było pokonać, wspinając się po skałach. Dla sprawnej osoby nie powinno to stanowić wielkiego wyzwania. Widok ze skały był wspaniały, płaska dżungla rozpościerająca się wszędzie wkoło i piękna ogromna Lwia Skała wybijająca się ponad wszystko. Nic dziwnego, że na jej szczycie wybudowano pałac jeszcze w V wieku. Majestat aż bije od tego miejsca. Niestety nie było nam dane długo nacieszyć wzrok, chwilę po dotarciu na szczyt znowu się rozpadało.



Wycieczka na Pidurangala była też świetną okazją do złapania kilku kolejnych gatunków ptaków na życiową listę. Po drodze w lesie udało mi się ogromnym fartem wypatrzeć drozdaczka ognistogłowego, który przysiadł tylko na sekundę i zniknął w gąszczu. Przy kompleksie pałącowych Sigiriya na szczycie drzew zauważyłem też dwa ptaki, które były jednym z podstawowych celów wyprawy na Sri Lankę – dziobiorożce cejlońskie! A wracając do hotelu spotkałem także dzięcioła brązowogłowego oraz pstrogłowa czerwonoczelnego.



Następnego dnia planowaliśmy już wyjazd do ostatniego miejsca na mapie, na zachodnie wybrzeże, gdzie chcieliśmy odpocząć po cejlońskich wojażach. Przed wyjazdem jednak o poranku wybrałem się nad okoliczne jezioro, które zachwalali wszyscy kierowcy TukTuków chcąc oczywiście mnie tam zawieźć. Twierdzili oni, że jest tam cała masa ptaków, których nie znajdę nigdzie indziej
Zweryfikowałem ich słowa i pewnie nie będziecie zaskoczeni, kiedy powiem, że faktycznie była tam spora ilość ptaków, ale nic, poza tym, co obserwowałem na mokradłach na południu wyspy. Dopiero wracając na okolicznym pastwisku wypatrzyłem coś, czego wcześniej nie widziałem – kukułkę siwobrzuchą.

Nasza ostatnia lokacja na Sri Lance znajdowała się w okolicy miasta Chilaw. Hotel był fantastycznie ulokowany pomiędzy plażą a dużą laguną. Przepiękne miejsce prowadzone przez starszego dżentelmena, który był zafascynowany moim hobby. Był to idealny wybór na odpoczynek po aktywnym zwiedzaniu Sri Lanki i świetne miejsce na zregenerowanie sił przed lotem powrotnym. Pobliskie pola ryżu i rezerwat Anawilundawa dały okazję do ponownego podziwiania licznych ptaków. Spędziliśmy tutaj kilka ostatnich dni, głównie na wypoczynku przy basenie i spacerach na plaży.


Podczas moich kilkukrotnych spacerów po okolicy udało mi się wypatrzyć jeszcze kilka nowych gatunków ptaków, które zasiliły moją życiową listę. Rzutem na taśmę na listę wpisały się kruczynka wielka, krogulec mały, ostrolot palmowy i świergotek szponiasty. Ostatecznie wynik obserwacji nowych dla mnie ptaków zamknął się na 104 gatunkach! Według mnie wynik spektakularny, a gdyby nie uciążliwy deszcz, przez który ominęła mnie wycieczka do Parku Narodowego Sinharaja byłby jeszcze bardziej imponujący.




Wycieczka na Sri Lankę była najbardziej skomplikowanym wojażem zagranicznym, jaki zdecydowałem się zorganizować na własną rękę. Mimo to uważam, że pomimo kilku niedociągnięć udało nam się bardzo fajnie spędzić te 10 dni na wyspie Cejlon w poszukiwaniu ptaków Sri Lanki. Niemniej gdyby udało nam się uniknąć kilku poważnych błędów, na pewno satysfakcja z wycieczki byłaby jeszcze większa. Dlatego postanowiłem zawrzeć w tym artykule kilka rad, które powinny Wam pomóc lepiej odnaleźć się w tym przepięknym, ale nieco dzikim kraju. Oczywiście bierzcie pod uwagę, że nasz wyjazd był skoncentrowany na poszukiwaniu dzikich ptaków, więc nie odwiedziliśmy wielu atrakcji, które dla innych podróżników byłyby punktami obowiązkowymi. Z tego samego powodu też nie wymieniałem w tekście atrakcji kulturowych i religijnych, które odwiedziliśmy. Mam jednak nadzieję, że porady z poniższej listy będą dla Was przydatne.





O ubezpieczeniu na tę podróż pomyśleliśmy dopiero przed samym wyjazdem. Z pomocą przyszło nam AXA Partners, w którym udało nam się wykupić polisę w trybie ekspresowym i to w bardzo przystępnej cenie, jak na oferowany zakres ubezpieczenia. Na szczęście nie musieliśmy korzystać z oferowanych w polisie usług czy wnioskować o odszkodowanie, ale przebywając na Sri Lance, wielokrotnie czuliśmy ulgę, że się ubezpieczyliśmy.
Nie czuliśmy się jakoś szczególnie zagrożeni, ale jednak sytuacji, które przy odrobinie pecha mogły się dla nas zakończyć poważnymi konsekwencjami, było sporo. Przede wszystkim muszę wspomnieć o wszędobylskich bezpańskich psach. Były ich dosłownie setki. Większość z nich, nic sobie nie robiła z naszej obecności, ale zdarzyło mi się kilka razy odganiać agresywne psy statywem od aparatu.
Kolejnym aspektem, który kilkukrotnie podwyższył nam ciśnienie, był ruch drogowy, który odbywa się według prawa silniejszego. Krótko mówiąc, pierwszeństwo ma ten, kto ma większe auto. Mieliśmy nawet jedną kolizję, na szczęście nie groźną, która skończyła się lekkim zarysowaniem przedniego zderzaka. Warto zauważyć, że na Sri Lance co 4 godziny, ktoś ginie w wypadku samochodowym (źródło – http://www.srilankapolonia.pl/?id=184)
Oczywiście trzeba też brać pod uwagę ewentualne wypadki losowe i choroby, którymi możemy się tam zarazić. Aby wybrać się na Sri Lankę, nie są wymagane obowiązkowe szczepienia, jednak warto mieć z tyłu głowy potencjalne problemy zdrowotne, które mogą nas dopaść w tak egzotycznym kraju. My jako zabezpieczenie na wypadek potrzeby skorzystania z pomocy medycznej wybraliśmy ubezpieczenie turystyczne w AXA. Zakup polisy oferującej atrakcyjny zakres (suma ubezpieczenia w najwyższej opcji to nawet 40 000 000 mln zł) w bardzo przystępnej cenie udało się dopiąć w kilka minut. Wystarczyło kilka kliknięć i po chwili polisa pobrała się na telefon, dzięki czemu mieliśmy ją cały czas przy sobie, na wszelki wypadek. Dało to nam dodatkowe poczucie bezpieczeństwa podczas naszej podróży. Nawet, pomimo że finalnie polisa się nam nie przydała, zdecydowanie było warto ponieść ten dodatkowy wydatek, który w stosunku do wszystkich kosztów związanych z wycieczką stanowił około 1%.

Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że dziesięciodniowy pobyt na Sri Lance to zdecydowanie zbyt krótko, żeby wyśledzić wszystkie interesujące mnie gatunki zwierząt, skorzystać ze wszystkich atrakcji czy zwiedzić wszystkie zabytki. Podczas naszej wycieczki zrezygnowaliśmy z planowanego rejsu na wieloryby (przez pogodę), nie pojechaliśmy do trzech parków narodowych, które potencjalnie mnie interesowały – Yala, Bundala i Wilpattu. Do Sinharaja pojechaliśmy, ale przez ciągłe ulewy nie było sensu w ogóle wybierać się do dżungli. Krótko mówiąc, pomimo że wycieczka była fantastyczną przygodą, czujemy lekki niedosyt i chęć, żeby jeszcze kiedyś odwiedzić to przepiękne miejsce. Ptaki Sri Lanki nadal mogą znacznie zasilić moją ornitologiczną lifelistę, a fantastyczni ludzie tam mieszkający na pewno chętnie przywitają turystę ciekawego ich kultury i zwyczajów. Myślę, że to nie jest nasze ostatnie spotkanie z Cejlonem 
Jeżeli wy myślicie nad wycieczką w to miejsce, przestańcie myśleć i zacznijcie działać! Naprawdę warto! A jeśli pojawią się u was jakieś wątpliwości lub pytania, postaram się na nie odpowiedzieć w komentarzach
Ptaki Afryki wschodniej – ptasia wyprawa na Zanzibar

Kiedy myśleliśmy o wyborze miejsca na wakacje kierowaliśmy się kilkoma cechami, jakie miejsce to musi spełniać. Kilka z nich było koniecznych z punktu widzenia żony, kilka kolejnych ja sam dorzuciłem do listy. Były to między innymi:
Tajlandia oferuje całą gamę ciekawych miejsc do odwiedzenia. Spośród portfolio hotelów oferowanych przez TUI można wybierać te w Bangkoku, dużym nowoczesnym mieście, można też skusić się na hotel z widokiem na rajską plaże i zatokę pełną kolorowych łodzi. To jednak nie wszystko, biuro podróży TUI oferuje również możliwość wycieczki w głąb dżungli.
Kiedy siedzieliśmy w biurze TUI nasz doradca zaproponował 4 możliwości spośród, których wybraliśmy wyspę Phuket. Chce jednak Wam opisać dlaczego nie wybraliśmy innych opcji. Pierwszą z nich była wycieczka do Bangkoku. Ta opcja, pomimo ogromu różnych zalet i wielkiej ciekawości tego miejsca odpadła jako pierwsza. Jak pisaliśmy powyżej chcieliśmy uniknąć tłoku i hałasu. Żona koniecznie chciała wypoczywać na plaży, a mi zależało na obserwacji natury.
Jak się domyślacie, wielkie miasto zupełnie nie pasowało do tego planu. Bangkok zatem odpadł jako pierwszy, na naszej checkliście oczekiwań wynik wyglądał następująco: egzotyka, cena – na plus, rajskie plaże, wygoda (ze względu na hałas i tłok) i dzikość natury na minus. Wynik 2/5
Do Bangkoku zapewne jeszcze się wybierzemy, więcej na ten temat możecie przeczytać na stronie TUI – Bangkok – co zwiedzić i kiedy najlepiej się tam wybrać.

Kolejną możliwością jaką zaoferowała nam specjalistka z biura podróży było zakwaterowanie w drewnianych chatkach w centrum dżungli. Na tę opcje zaświeciły mi się oczy, jednak chcąc trzymać się założeń i tę możliwość musieliśmy odrzucić. Niewątpliwie spędzenie tygodnia lub dwóch w odcięciu od cywilizacji, mieszkając w centrum lasu deszczowego byłoby niesamowitą i niezapomnianą przygodą.
Jednak chciałem, aby ta wycieczka była spełnieniem nie tylko moich marzeń. W dżungli próżno szukać plaży, a już na pewno ciężko tu mówić o wygodzie. Podsumowując – dzikość natury, egzotyka i cena na plus, wygoda i rajskie plaże na minus. Wynik 3/5.
Jedną z opcji, dzięki której mogliśmy doświadczyć przygody w wielkim Bangkoku, noclegu wśród bujnej roślinności dżungli i wylegiwania się na plaży była wycieczka objazdowa. Ta opcja zakładała doświadczenie wszystkiego po trochu i w zasadzie spełniałaby większość z naszych wymagań. Jedynie wygoda z powodu częstych podróży i przesiadek nie byłaby spełniona na liście oczekiwań.
Wspólnie z żoną stwierdziliśmy, że ponieważ chcemy w pierwszej kolejności wypocząć nie będzie to dla nas dobre rozwiązanie.

Kiedy Pani z biura TUI zaproponowała tę opcje od razu wiedzieliśmy, że to będzie strzał w dziesiątkę. Każda z pozycji na naszej liście oczekiwań była spełniona.
Wynik 5/5 !
Czy wybór był trafny? Zdecydowanie tak. Oboje z żoną już po powrocie do domu, kiedy emocje opadły oceniliśmy, że wybór wyspy Phuket i wioski Rawai, w której mieścił się nasz hotel, był strzałem w dziesiątkę. Wiadomo, ocena podczas wyboru destynacji naszej wycieczki, a stan faktyczny jaki zastaniemy na miejscu mogą się diametralnie różnić. Na szczęście w naszym przypadku wszystko poszło zgodnie z planem.
W zasadzie nasz plan wycieczki spełnił się w 100%, zobaczyliśmy i zwiedziliśmy wszystkie miejsca, które sobie wymarzyliśmy:
Udało nam się również kupić wiele pamiątek i rozsmakować się w przysmakach lokalnej kuchni. A to wszystko w ramach założonego budżetu, który wydaliśmy co do ostatniego Bahta (waluta Tajlandii).
Naszą wycieczkę kupiliśmy z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, korzystając z promocji first minute. Porównaliśmy cenę jaką zapłaciliśmy w tej promocji do cen jakie pojawiły się na kilka tygodni przed terminem wylotu w promocji last minute. Jak się okazało ceny były bardzo podobne w obu promocjach. Wybór pomiędzy last minute, a first minute polega więc bardziej na tym jak lubicie podróżować. Jeśli lubicie dowiadywać się ciekawostek o destynacji wycieczki, robicie gruntowny research o tym co warto zobaczyć, a przygotowania do wyprawy emocjonują Was nie mniej niż sama wyprawa – zachęcam do zakupienia wycieczki z promocji first minute.
Jeśli zaś lubicie spontaniczne wyprawy i określacie miejsce swojego urlopu na kilka tygodni przed samym wylotem. Opcja last minute będzie dla Was idealna
Dziś zapraszam do wpisu, w którym opowiem Wam czy warto się tam wybrać z punktu widzenia miłośnika natury.
Phuket to największa wyspa Tajlandii, położona na zachodnim wybrzeżu Półwyspu Malajskiego na morzu Andamańskim. Stanowi ona również całą prowincję, której stolicą jest miasto o takiej samej nazwie. Wyspa Phuket ma około 542 km² powierzchni i zamieszkuje ją około 280 tysięcy ludzi.

Wyspa Phuket to jeden z najczęściej wybieranych kierunków w Tajlandii jeśli chodzi o turystykę. O atrakcjach turystycznych, walorach innych niż kontakt z naturą powstanie inny wpis. Postaram się zdradzić Wam w nim kilka cennych wskazówek jak zorganizować pobyt. A jedną zdradzę nawet teraz, zanim podejmiecie decyzję sprawdźcie oferty różnych biur podróży, polecam między innymi zajrzeć do TUI, Itaka czy Rainbow.
Na długo przed samym wyjazdem śledziłem z zapałem różne przewodniki przyrodnicze, strony poświęcone obserwacji ptaków oraz stronę tajskich parków narodowych. Lecąc do Tajlandii miałem ogromne nadzieje, na kontakt z fantastyczną egzotyczną przyrodą i niesamowite obserwacje. Kiedy jednak opuściłem budynek lotniska poczułem pewne obawy. Wyspa Phuket po wylądowaniu wita turystów widokami raczej mało zachęcającymi.
Pierwsze zwiedzanie Tajlandii z pokładu samochodu, który transferował nas z lotniska do hotelu od razu wzbudziły obawy, że rajskie okolice mogą nie być wcale takie rajskie. Ulice i wszystko wkoło dla europejczyka od razu będą się kojarzyć ze slumsem. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystko – ulice, budynki, pojazdy – wykonane są niechlujnie i wszędzie panuje totalna prowizorka. Tutaj wystarczy spojrzeć na pierwsze lepsze zdjęcie słupa energetycznego

Sytuację poprawia jednak piękna egzotyczna roślinność. Wielkie palmy, drzewa z ogromnymi liśćmi i ogrom zieleni mocno kontrastował z odrapanymi budynkami i blaszanymi straganami.
Pierwsze wrażenie nie powalało na kolana. Na szczęście widok wioski Rawai na południowym krańcu wyspy, gdzie mieścił się nasz hotel, od razy wywołał uśmiech na twarzy. Główna ulica choć zastawiona wszędobylskimi skuterami i straganami wydawała się zniszczona, ale czysta. Ciągnie się ona wzdłuż zatoki, na której cumuje mnóstwo łodzi. Widok zniszczonych budynków i całego tajskiego chaosu nie kuł już tak w oczy, ponieważ błękitna woda i piękna wyspa Ko Lon przyciągała skutecznie uwagę.

Bardzo jednak posmutniałem kiedy czekając na pokój hotelowy przeszedłem się po okolicy. W niedalekim sąsiedztwie naszego hotelu płynęła rzeczka, której nie znajdziecie nawet na mapie. Może to głównie dlatego, że rzeczka ta to bardziej ściek. Woda okrutnie śmierdziała (jak się okazało wyspa Phuket w całości ma dość solidny problem z odprowadzaniem ścieków), brzeg upstrzony był wszelkiego rodzaju śmieciami. Przykry był to widok, więc nie skupiałem się na nim.
Skupiłem się na tym co jednak oferuje ciek słodkiej, choć brudnej wody. Nad samą rzeczką na drzewie można było dostrzec bowiem kilka czapli.
Przeczytaj także: Wycieczka do Tajlandii – Bangkok, dżungla, rajskie plaże – co wybrać?
Wyspa Phuket jak już wyżej wspomniałem jest jednym z najczęstszych celów turystycznych w całej Tajlandii. Masa turystów wymaga masy ludzi do obsługi i ciągłego rozbudowywania infrastruktury. Do tego taka machina produkuje ogromne ilości śmieci i odpadów. Jak możecie sobie zatem wyobrazić, dzika przyroda pomimo nieustannej walki jest tam nieubłaganie kontrolowana przez ludzi. Prawdziwie dzikich miejsc znalazłem tam kilka.
Jednym z nich był wymieniony wcześniej rezerwat Khao Phra Thaeo. Jeśli będziecie kiedyś na Phuket koniecznie się tam wybierzcie. Ostrzegam jednak, zwiedzanie rezerwatu to nie jest przyjemny niedzielny spacerek. Czterokilometrowa ścieżka wytyczona jest przez gęstą, prawdziwie dziką dżunglę. Wiedzie stromymi zboczami i co chwile przecinana jest leniwie płynącym potokiem. Widoki i wrażenia niesamowite, ale w połączeniu z ogromną wilgotnością powietrza i wysoką temperaturą, taki spacer, choć krótki to nadal prawdziwe wzywanie.
Mi i żonie, przejście czterech kilometrów ścieżki zajęło 2,5 godziny. Z dżungli wyszliśmy zlani potem, zmęczeni, spragnieni i wyczerpani. A wybraliśmy się tam o 7 rano, kiedy było jeszcze względnie chłodno.





W dżungli udało nam się dostrzec kilka gigantycznych czarnych wiewiórek i kilka rodzai ptaków. Ze względu na gęstwinę i niezbyt cierpliwych modeli nie udało mi się niestety zrobić zdjęć.
Pomimo całego syfu jaki spływał okoliczną rzeczką i śmieci wysypanych w jej pobliżu, mnóstwo zwierząt upodobało sobie tę okolicę do żerowania. Miało to związek z odpływami na zatoce. Kiedy poziom wody w zatoce spadał również i w rzeczce robiło się dużo płycej, dzięki czemu były to idealne warunki do polowania np. dla ptaków brodzących i zimorodków.



Jak się później okazało spokojne zacisze brudnej rzeczki i płytka zatoka to miejsce, w którym dokonałem fascynujących obserwacji. Wyspa Phuket w innych częściach nie oferowała takiego bogactwa gatunków, a zjeździliśmy ją prawie całą, włączając w dżunglę w rezerwacie przyrody Khao Phra Thaeo.
ZOBACZ TAKŻE: Ptaki Sri Lanki – wyprawa na Cejlon w poszukiwaniu endemicznych gatunków ptaków
Ciekawych obserwacji dokonałem za to z pokładu motorówki, którą płynęliśmy na Phi Phi Island. Niestety morze było nieubłagane, więc warunki do robienia zdjęć na dużym zoomie były fatalne. Mimo wszystko udało się – przed Wami bielik białobrzuchy.

Przez cały pobyt udało mi się spotkać niezliczoną liczbę gatunków różnych ptaków, a części z nich zrobić zdjęcia. Poniżej znajdziecie galerię wszystkich 45 gatunków ptaków jakie udało mi się w Tajlandii sfotografować i zidentyfikować.












































Jeśli wybieracie się do Tajlandii w poszukiwaniu dzikich zwierząt na pewno będziecie zadowoleni z bogactwa gatunkowego wśród ptaków i gadów tam występujących. Na mnie piorunujące wrażenie wywarło ujrzenie wielkiego warana na wyspie Koh Panyi.

Dzień później kolejnego warana, tym razem dużo mniejszego znalazłem przy samym hotelu, w owej brudnej rzeczce.

Poza waranami spotkałem kilka rodzajów jaszczurek, których jeszcze nie udało mi się rozpoznać. Jeśli ktoś z Was poznaje te gatunki będę ogromnie wdzięczny za komentarz z informacją.








Już po pierwszym dniu w Tajlandii przyzwyczaiłem się do wszędobylskich gekonów
Można je spotkać dosłownie wszędzie, szczególnie wieczorem. Kiedy robi się ciemno gekony wykorzystują swoją świetną taktykę polowania. Przyczajają się w dobrze oświetlonych miejscach i czekają na podlatujące do światła insekty i ćmy. Spędziłem wiele wieczorów na tarasie mojego pokoju hotelowego patrząc z podziwem jak prostą i skuteczną metodę opracowały te urocze gadziny.
Słonie, małpy i tygrysy najbardziej ucierpiały na turystycznej popularności Tajlandii. Krótko mówiąc, dzikich tygrysów i słoni na Phuket już nie ma. Mały rezerwat przyrody i Park Narodowy Sirinat to zdecydowanie za małe tereny, aby te gatunki mogły tam egzystować w naturalnych warunkach. Wyspa Phuket jednak oferuje możliwość obcowania z oboma gatunkami. Tygrysy można obejrzeć wyłącznie w Tiger Kingdom. Słonie za to, to lokalna atrakcja turystyczna.

W Tiger Kingdom nie byłem. Nie mogę więc się na ten temat wypowiedzieć. Co innego ze słoniami. W drodze na wzgórze, na którym stoi pomnik Big Buddha po prostu nie da się nie zauważyć tych pięknych zwierząt męczonych w imię rozrywki turystów. Żal serce ściska kiedy widzi się młodego słonika przykutego na metrowym łańcuchu opodal drogi. Wściekłość za to we mnie wzbierała kiedy widzę baranów, którym nie chce się ruszyć dupy pod górkę i wjeżdżają tam na słoniu. Jeszcze gorszej sytuacji byłem świadkiem na wyspie Koh Panyi. Głupia jak but Niemka szczerzyła bezmyślną gębę w uśmiechu kiedy właściciel przebranego za dziecko gibona zmuszał go do przybicia piątki z turystką.
Prawda jest smutna, gdyby nie popyt na takie usługi, zwierzęta nie byłyby męczone i trzymane w fatalnych warunkach. Jedyne co możemy zrobić to po prostu bojkotować takie usługi i krytykować każdego kto z nich korzysta.
Nie wszystkie jednak rozrywki związane ze zwierzętami są złe. Słonie indyjskie jak już mówiłem na dziko występują jedynie w kilku miejscach na kontynentalnej części Tajlandii. Większość z nich została udomowiona i jest traktowana jako duży koń. W dodatku bardzo drogi w utrzymaniu. Tajowie podchodzą do posiadania słonia jak polski chłop do konia. Zwierze musi zarobić na swoje utrzymanie, jest ono hodowane do wykonywania pewnych prac. Przedsiębiorczy Tajowie wpadli na pomysł jak wykorzystać słonie do zarobku nie czyniąc im przy tym krzywdy.

Tajski klimat sprzyja częstym kąpielom. Dla młodych słoni, które uwielbiają zabawy w wodzie nie ma przyjemniejszej części dnia. Na Phuket połączono zamiłowanie słoni do kąpieli z zamiłowaniem turystów do słoni. Nic tak nie zbliża jak wspólna kąpiel
Obie strony świetnie się bawią, a właściciel ma za co nakarmić rodzinę i słoniątka. Niestety nie udało nam się skorzystać z tej atrakcji.
Z wymienionych w nagłówku zwierząt na Phuket macie szansę spotkać jedynie dzikie małpy. Makaków jest dość sporo. Świetnie nauczyły się koegzystować obok człowieka. Trzeba na nie jednak uważać, ponieważ są one dokarmiane przez ludzi i często zbierają się na odwagę na bezpośredni kontakt. Mogą coś Wam ukraść lub nawet ugryźć jeśli nie będziecie uważni. Makaki na Phuket można spotkać przy pomniku wielkiego Buddy oraz na Monkey Hill. Mi udało się dostrzec je również na małych wysepkach podczas rejsu motorówką po morzu Andamańskim.




Tajlandia na pewno oferuje wiele lepszych miejsc do obserwacji dzikiej przyrody niż wyspa Phuket. Niemniej jeśli chcecie połączyć swój wypoczynek na rajskich plażach i jednocześnie mieć okazje na ciekawe obserwacje to nadal jest dobry kierunek. Polecam zatrzymać się na południu wyspy np. we wiosce Rawai. Jest to dobry punkt na wypady do imprezowej części wyspy, a okolica oferuje wiele interesujących przyrodniczo miejsc.
Tajlandia zrobiła na mnie finalnie piorunujące wrażenie. Było to bardzo interesujące i rozwijające doświadczenie.
Piaszczyste plaże, rafa koralowa, po odpływowe kałuże i skalisty brzeg morza to świetne miejsca do obserwacji ryb, bezkręgowców, różnego rodzaju skorupiaków i motyli. Podczas moich spacerów udało mi się zrobić kilka fotek, które być może Was zainteresują. Niestety w większości przypadków nie jestem w stanie zidentyfikować gatunków.
















Pod kątem przyrodniczym jestem zachwycony wyjazdem, słowa doradcy z biura TUI w 100% się potwierdziły. Bogactwo roślinności, zwierząt i przepiękne widoki zrobiły na mnie piorunujące wrażenie. Każdemu z Was polecam się tam wybrać. Na pewno nie pożałujcie!
