
Cześć Dorota. Bardzo się cieszę, że możemy porozmawiać na tak ważny temat. A skoro mamy rozmawiać o adopcji psów ze schroniska, zacznijmy od początku.
Cześć Paweł. Bardzo mi miło, chętnie odpowiem na to pytanie. Kluczową rzeczą jest świadomość, że biorąc psa ze schroniska często wiążemy swój los z żywą istotą na bardzo długi czas, czyli nawet kilka/kilkanaście lat.. Należy pamiętać, że nie każdy pies jest taki sam, tj. czworonogi różnią się od siebie cechami charakteru, zachowaniem, potrzebami i bagażem doświadczeń. W naszym domu nie pojawi się ktoś kto mówi tym samym językiem co my, ale to po naszej stronie leży odpowiedzialność za zrozumienie po obu stronach. Czyli nauka języka komunikacji z przyszłym podopiecznym.
Ważna jest również kolejność w przystąpieniu do adopcji. Najpierw wiedza, akcesoria i wyposażenie, potem zwierzę. Przygotujmy się mentalnie i fizycznie na nowego członka rodziny. Określmy czas jaki możemy poświecić na opiekę nad psem, swój budżet i zdrowo wybiegnijmy w przyszłość, tak aby móc jak najlepiej przygotować się na zmianę naszej sytuacji życiowej.
Nie oczekujmy też psiej wdzięczności za przeprowadzkę. Każdy pies jest inny, każdy ma swoje doświadczenia, próg cierpliwości i zakres tolerancji na pewne sytuacje. Pamiętajmy, że problemy związane z zachowaniem psa mogą się pojawić, ale nie muszą. Zawsze bierzmy jednak pod uwagę fakt, że to co przekażą nam pracownicy schroniska na temat behawioru psa, to mała część jego możliwości. W końcu warunki, do których jest przyzwyczajony w schronisku, są inne od tych jakie zastanie w nowym domu.

Adopcja psa nie jest procesem specjalnie skomplikowanym, o adopcję ubiegać się może każda osoba pełnoletnia, która jest w stanie zapewnić mu należytą opiekę. Natomiast do każdej adopcji podchodzimy indywidualnie, biorąc w pierwszej kolejności pod uwagę dobro czworonoga. Zatem wymogi formalne, potrzebne do zrealizowania procesu adopcyjnego są jedynie jego częścią. Przed przyjazdem na pewno warto dokładnie określić swoje oczekiwania względem psa.
Pierwszym krokiem jest wizyta w schronisku i poznanie zwierząt. Następny, to rozmowa z opiekunami wybranego psa, pracownikami schroniska, wolontariuszami, jeśli zachodzi potrzeba z zoopsychologiem. Niemożliwa jest adopcja psa dla osoby trzeciej. Potencjalny opiekun musi pojawić się osobiście i samodzielnie ocenić, czy pies jest odpowiedni z punktu widzenia wielkości, usposobienia czy charakteru. Zwierzę to nie produkt. Nie można złożyć na niego reklamacji lub zwrócić, zatem nie powinien być traktowany jako prezent.

Kolejnym etapem jest zapoznanie się i spędzenie czasu z wybranym psem. Polega to na wspólnym wyjściu na na spacer, wybieg i poznanie po prostu siebie nawzajem. Dobrą praktyką przed zabraniem psa do domu jest odbycie kilku wizyt zapoznawczych, a w niektórych przypadkach jest to wręcz konieczne.
Po stronie schroniska leży również ocena czy konkretny pies odnajdzie się w „czyichś rękach, czy warunkach”. Jeśli nie ma przeciwwskazań, końcowym etapem procesu adopcyjnego są formalności, podpisanie umowy adopcyjnej oraz kart rejestracji chipu.
Najczęstszym przeciwwskazaniem do adopcji jest trudny charakter psa. Niestety zwierzęta, które trafiają do nas z ulicy, nierzadko są po traumatycznych przejściach. Do takich przypadków staramy się dobrać opiekuna, który potrafi pracować z czworonogami, mającymi za sobą bardzo trudne doświadczenia. Kolejnym przeciwwskazaniem do adopcji są warunki mieszkaniowe. Często zdarza się, że ludzie chcą adoptować małego psiaka z krótką sierścią do domu z ogrodem, ale chcieliby, aby mieszkał w budzie na co my w żadnym wypadku nie możemy się zgodzić. Przed ostatecznym wyborem psa należy również wziąć pod uwagę jego sytuację zdrowotną, ponieważ niektóre zwierzaki są po zabiegach chirurgicznych lub w starszym wieku i nie mogą zamieszkać w bloku na załóżmy 3 piętrze, bez windy.

Sama adopcja psa jest bezpłatna. Jeśli ktoś czuje potrzebę, może zostawić darowiznę rzeczową czy pieniężną. Natomiast sama opieka nad psem może okazać się kosztowna. Karma, profilaktyka, leczenie w miarę potrzeb, to wszystko kosztuje i należy być tego świadomym przed podjęciem decyzji o adopcji.
W kontekście kosztów, warto rozważyć ubezpieczenie psa. Niestety NFZ dla zwierząt nie istnieje (śmiech), zatem rozsądną rzeczą jest podjąć działania prewencyjne i ubezpieczyć zwierzaka. Dobre oferty ubezpieczenia psa , jak np. w Generali, pozwalają diametralnie zmniejszyć koszty opieki weterynaryjnej Pies to przyjaciel na wiele lat, więc nie ma się co oszukiwać, koszty weterynaryjne na pewno będą się pojawiać. Ubezpieczenie pozwala rozłożyć te koszty, a przy okazji sporo zaoszczędzić.

Przed adopcją przeprowadzamy rozmowy na temat kondycji i stanu zdrowia zwierzęcia. Niektóre, z racji wieku posiadają przypadłości wieku starczego, bądź są obarczone chorobą przewlekłą. W przypadku zdrowych psów edukujemy przyszłych właścicieli w zakresie badań profilaktycznych oraz szczepień. Oczywiście to przyszły opiekun dokona wyboru gabinetu weterynaryjnego i lekarza, który będzie prowadził jego podopiecznego. Ze swojej strony możemy jednak podpowiedzieć rozwiązania, które zminimalizują koszty, bez uszczerbku na jakości usług jak np. ubezpieczenie pupila (pamiętajcie, że ubezpieczenie może nie pokryć wszystkich przypadków, zapoznajcie się ze szczegółami podczas wyboru ubezpieczenia).
Staramy się przekazać jak najwięcej informacji dotyczących zachowania naszego podopiecznego. Natomiast mamy wąski zakres obserwacji, gdyż warunki panujące w schronisku są z goła odmienne od tych domowych. To jedna kwestia.

Nie znamy też przeszłości zwierząt, które do nas trafiają. Niektóre są łapane w lesie, inne na ulicy, czy parkingu pod marketem. Nie wiemy w jakich warunkach żyły ani z jaką grupą wiekową miały kontakt. Nie znamy więc stosunku do osób starszych, płci, czy dzieci. Nie mamy możliwości sprawdzenia, jak dane zwierzę reaguje na kontakt z różnymi ludźmi.
Natomiast większość problemów z zachowaniem, które mogą się pojawić można rozwiązać. Na pewno rad udzieli zoopsycholog, który od lat współpracuje z naszym schroniskiem i pomaga w każdej kryzysowej sytuacji. Pamiętajmy, że w większości problem dotyczy obu stron, który wynika z niezrozumienia. A pogryzione buty, to najczęściej nie złośliwość, a nuda i chęć zwrócenia uwagi na siebie.
Podstawą są miski, smycz lub szelki, obroża, zabawki, karma dobrana do wieku i aktywności psa. Przydatne będą także zgrzebła, lub jak kto woli szczotki. Nawet w przypadku psa z krótką sierścią niezwykle istotne jest wyczesywanie zalegającego, martwego włosia.

Przede wszystkim nie powinniśmy traktować psa, jak małego skrzywdzonego dziecka. Czułość oczywiście jest wskazana, ale przede wszystkim empatia. Reagujmy na potrzeby psa, ale też określmy zasady panujące w domu. Pies jest z natury zwierzęciem stadnym i naturalnie zechce nam przewodzić i wyznaczyć nurt. Wzięcie steru jest po naszej stronie.
Ważny jest również czas, nabycie nowych nawyków może potrwać, może też być okupione wspomnianymi pogryzionymi kapciami. Pamiętajmy też, że pies nie został stworzony, aby dostarczać nam przyjemności. Ma prawo do odpoczynku lub braku ochoty na zabawę. Powinniśmy dążyć do relacji, w których obie strony wzajemnie realizują swoje potrzeby.
Obowiązkiem nowego opiekuna jest holistyczne zadbanie o zwierzę. Począwszy od podstawowych spraw jak spacery, po opiekę medyczną i zaspokojenie potrzeb psychosensorycznych. Jest to również sprawowanie dozoru nad nim, w żadnej gminie pies nie może przebywać poza posesją właściciela bez jego obecności. Pomijając bezpieczeństwo samego psa, stanowi on zagrożenie w ruchu drogowym, jak i dla innych zwierząt. Jest to kolejny argument, aby rozważyć ubezpieczenie psa, w którym możemy być chronieni przed ewentualnymi kosztami szkód, jakie nasz psiak może wyrządzić osobom trzecim.

Rutyna i ignorancja. Większość osób biorących psa ze schroniska zakłada, że sam fakt adopcji sprawi ogromną wdzięczność po stronie czworonoga. Natomiast większość psów żyje na zasadzie tu i teraz. Poza oczywiście nabytymi nawykami, od nas samych zależy, jaki nasz pies będzie. Np. jeżeli część domowników pozwala psu na przebywanie na kanapie, a część jest przeciwna, wprowadzamy chaos w głowie psa i może dojść do sytuacji konfliktowych.
Ogromnym błędem jest mylne czytanie komunikatów jakie daje pies swoim ciałem, albo nieczytanie ich wcale. Merdanie ogonem, odwracanie głowy, dyszenie, tulenie uszu. Nawet nieodpowiednie głaskanie ma wpływ na komfort psa. Nawykliśmy go głaskać po głowie, jakby inne części psa w ogóle nie istniały. Jeśli wykonamy taki gest sobie, albo komuś znajomemu zobaczymy jakie jest to nieprzyjemne, a w języku psa jest to jeden z komunikatów dotyczących aktu dominacji.
Wbrew pozorom, wzięcie urlopu na czas adaptacji czworonoga i dotrzymanie mu towarzystwa w pierwszych dniach w nowym domu może być błędem. To jest pierwszy krok do lęku separacyjnego. Nasz pies w momencie kiedy będziemy musieli wrócić do pracy i zostanie sam, nie zrozumie dlaczego tak się dzieje. Mogą wówczas pojawić się problemy z niszczeniem przedmiotów, uporczywym wyciem i szczekaniem.

Pamiętajmy też, że każdy pies jest inny i do wypracowania komitywy potrzeba czasu.
Nie mamy nic przeciwko. To inicjatywa pracowników, aby nadawać zwierzętom ze schroniska imiona. Po to aby nie widniały jako pusty numer. To symbol. Często pomimo imienia w kartotece do zwierzaka zwracamy się w swój ulubiony sposób np. Pan Stópka, Wrzaskun albo Miłunia. Zatem rzadko słyszą imiona pod którymi widnieją i nie ma sprzeciwu do zmian. Nowy początek, nowe imię.
Zakładamy, że szczenię będzie nam łatwo podporządkować i nauczyć wielu rzeczy. Stąd oczywiście większe zainteresowanie szczeniętami. Zawsze zadaję wtedy pytanie: A czego Pan/Pani chce nauczyć psa? To proste pytanie w większości przypadków budzi konsternację. Chyba bardziej chodzi o czas zbudowania przywiązania, bo zdolność uczenia się, zwierzęta posiadają w każdym wieku. No i kogo nie urzeka słodka, puchata, kulka? Sama jednak zdecydowałabym się na adopcję dorosłego psa. Etap nauki czystości i świata za pomocą pyska mamy już za sobą. Szczenięta tak jak dzieci również uczą się dotykiem, z tą różnicą, że dzieci używają rączek, a szczeniaczki pyszczków.

W każdym podrostku drzemie pewien potencjał, który objawia się z wiekiem. W przypadku psa dorosłego mamy „karty na stole”, wiemy mniej więcej z jakimi problemami będziemy się mierzyć i co mamy do wypracowania. W świecie zwierząt unika się sformułowania charakter, bo to świadczyłoby o osobowości. Natomiast nie zmienia to faktu, że każdy pies jest inny.
To trudne pytanie i zależy jak na nie spojrzeć. Jesteśmy tam przede wszystkim dla zwierząt i to na nas ciąży odpowiedzialność za ich dalsze losy. Z całą pewnością schronisko nie jest sklepem, w którym można sobie po prostu wybrać psa i poprosić o zapakowanie, bo i takie sytuacje się zdarzały.
Staramy się, aby z adopcji były zadowolone obie strony, pies i człowiek. Jeśli pomimo chęci człowieka widzimy, że adopcja psa, to niedobry pomysł, to po prostu jej odmawiamy, oczywiście podając przyczyny. Często wspólnie udaje się wtedy znaleźć innego psa, który odnajdzie się w domu osoby zainteresowanej. Z większością domów adopcyjnych mamy stały kontakt.

To są przypadki marginalne. Staramy się wydawać zwierzęta do domów, które są najbardziej świadome obowiązków i usposobienia zwierzaka. Jeśli pies wraca, to czasem powodem jest poważna choroba nowego opiekuna, czasem śmierć, a czasem niestety podejście do adopcji na zasadzie „jakoś to będzie”. Niby każdy rozumie, że pies czy kot to nie buty, które można reklamować czy zwracać do sklepu, ale czasem to co w teorii proste, w praktyce wygląda inaczej.
Obecnie w lubelskim schronisku na adopcję oczekuje 128 psów. Wszystkie kiedyś były czyjeś i mamy nadzieję, jeszcze kiedyś będą czyjeś.
Dorota, bardzo dziękuje za poświęcony czas i możliwość odwiedzin Waszych podopiecznych. Sam niestety nie posiadam warunków do adopcji, ale mam szczerą nadzieję, że nasz wywiad kogoś zachęci do przygarnięcia nowego członka rodziny.
Nasz wywiad ma sponsora, którym jest firma Generali posiadająca w swojej ofercie ubezpieczanie psa.

Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Lublinie
ul. Metalurgiczna 5 Lublin
tel. 81-466-26-42
poczta@schronisko-zwierzaki.lublin.pl
https://www.schronisko-zwierzaki.lublin.pl/
Z takim hasłem na ustach wydłużyłem sobie drugi weekend lipca o wolny piątek i ruszyłem w teren. Celem był Strzelecki Park Krajobrazowy i przepiękne nadbużańskie łąki. Wyjazd ten miał być też okazją do testów nowej lornetki. Co udało mi się wypatrzeć w Strzeleckim Parku Krajobrazowym i jak spisał się nowy sprzęt? Dowiecie się czytając poniżej.

Dolina Bugu to bardzo ciekawy przyrodniczo teren. Dziewicze lasy, rozległe, pełne dzikich kwiatów łąki, gęste śródpolne kępy drzew i niskopiennych krzewów i rzeka, dzika i niedostępna. Wszystko to stanowi prawdziwe bogactwo naturalne, którego trudno nie docenić. Rzeka Bug przez to, że stanowi naszą wschodnią granicę z sąsiadami, którzy nie należą do Unii Europejskiej nadal pozostaje dzika. Krajobraz wkoło rzeki pozostaje niezmieniony od lat, a częste patrole Straży Granicznej powodują, że mało kto się tam zapuszcza. W efekcie na tereny te wywierana jest dość nikła presja człowieka, a to bezpośrednio wpływa na bogactwo fauny.
Powodów przez które dolina Bugu stała się celem mojej wyprawy było jednak więcej. Jednym z nich był fakt, że w tych okolicach stosunkowo łatwo o spotkanie z ptakiem drapieżnym, który na Lubelszczyźnie nie należy do rzadkości, a mimo to nadal nie miałem okazji go podziwiać. Mowa tutaj o trzmielojadzie, który upodobał sobie nadbużańskie łąki na żerowiska. Mając więc jasno sprecyzowane cele na weekend, wybrałem się z kolegą Łukaszem na 3 dniowy birdwatching.

Od wiosennej wyprawy nad Bałtyk na Akcję Bałtycką (relacja z wyprawy – https://przygodyprzyrody.pl/akcja-baltycka-relacja-z-wyprawy/) gdzie mój stary sprzęt uległ destrukcji, radziłem sobie bez lornetki. Przecież zawsze wychodząc na ptaki mam ze sobą aparat, a obiektyw 150-600 pozwala sięgnąć okiem całkiem daleko. Zauważyłem jednak, że podczas ostatnich moich wypraw lista zaobserwowanych gatunków lekko się skurczyła.
Tym razem zabrałem ze sobą nową lornetkę od firmy Ecotone, model KAMAKURA AD-7. Recenzja tego sprzętu już niedługo pojawi się w dziele Ekwipunek! Dziś tylko wspomnę, że przewagę jaką daje dobry sprzęt optyczny odczułem już po godzinie przebywania w terenie.

Weekendowe obserwacje rozpocząłem samemu. Czekają na Łukasza penetrowałem łąki i trzcinowiska w okolicy miejscowości Nowy Dwór. Już z daleka udało mi się wypatrzyć piękną zalaną wodą łąkę z kilkoma belkami siana. Przy wodzie od razu dostrzegłem całą masę czajek, łęczaków, samotników i kwokaczy. Zająłem miejsce pod jednym ze stogów skoszonej trawy, okryłem się prowizorycznym kamuflażem i czekałem.
Ptaki niezbyt się mną interesowały, ale też wybrały drugi koniec sporej wielkości kałuży na żer. Podczas kilku godzin przeleżanych na łące w przyjemnym cieniu przewinęło się przede mną naprawdę sporo pięknych gatunków. Okrążenie nad kałużą zrobiły nawet 3 rycyki, ale niestety nie zdecydowały się wylądować. Za to czajki fruwały mi nad głową całymi stadami.

Kiedy poranek ustąpił miejsce i dzień osiągnął pełnie swojego znaczenia słońce piekło niemiłosiernie a światło do zdjęć już zupełnie się nie nadawało. Południe spędziłem zatem odpoczywając w cieniu wiejskiego pleneru. Z Łukaszem spotkaliśmy się po południu i ruszyliśmy w trasę.
Po drodze nad wschodnią granicę wstąpiliśmy w okolice Chełma na ścieżkę Motylowe Łąki. Krótki spacer skończył się kilkoma podejściami do fotografii makro i kilkunastoma bolesnymi ukąszeniami gzów. Jak się okazało to dopiero początek walki!

Dolina Bugu roztoczyła przed nami całe swoje bogactwo, a my zamierzaliśmy cieszyć się tym przez całą sobotę i niedzielny poranek. Penetrację okolicy rozpoczęliśmy w sobotę skoro świt, od spaceru po przepięknym lesie z malowniczą doliną malutkiej rzeczki zaraz przy naszej kwaterze. Tutaj już można było odczuć prawdziwe bogactwo świata przyrody. Spotkaliśmy wiele ptaków, ssaków i przeklętych gzów, komarów i meszek, które gryzły w każdy odsłonięty skrawek skóry, nawet pomimo użycia repelentu.
Rzadkości w tym rejonie nie udało się wypatrzeć, ale i tak było na czym oko zawiesić. Liczne gąsiorki, cierniówki, potrzeszcze, potrzosy i pokląskwy śmigały wśród trzcinowiska wypełniającego dolinę rzeczki. Wilgi, kosy i sikory było słychać z koron drzew. Po odcinku krótko skoszonej łąki dostojnie spacerował bociek. Z największych zarośli słychać było derkacze i przedzierającego się przez roślinności przy samym brzegu rzeczki wodnika. W gęstwinie gałęzi nad mostkiem udało mi się dostrzec dzięcioła dużego, piegże, kilka modraszek, młode grubodzioby i całą rodzinkę raniuszków. Całość sceny dopełniały co chwile odzywające się turkawki, trznadle i grzywacze. Gdyby nie to, że natura podjęła liczne próbny zjedzenia nas żywcem powiedziałbym – sielanka

Strzelecki Park Krajobrazowy ma na swoim terenie wyznaczone tylko dwie ścieżki. Przyrodniczo – dydaktyczną Starorzecze Bugu oraz przyrodniczo – historyczną Lasy Strzeleckie. Za swój cel obraliśmy ścieżkę Starorzecze Bugu, która oferuje bardzo ciekawy i zróżnicowany w siedliska teren. Więcej na temat tej ścieżki możecie przeczytać w bardzo ciekawym e-poradniku jaki ma na swojej stronie Zespół Lubelskich Parków Krajobrazowych, z którego pochodzi poniższa mapa.

Kilka spacerów wokoło ścieżki o różnych porach dnia okazało się idealnymi warunkami do testowania możliwości nowej lornetki. Przepiękne otwarte tereny, które są równocześnie obszarami chronionego krajobrazu i specjalnymi obszarami ochrony siedlisk oferowały mnóstwo zwierzyny, na której można było zawiesić oko.
Strzelecki Park Krajobrazowy informuje w swojej broszurze, że jest to teren, w którym stwierdzono największe zagęszczenie ptaków drapieżnych w Polsce. Na potwierdzenie tej tezy nie musiałem długo czekać. Błotniaki stawowe, krogulce, pustułki i myszołowy kręciły się co chwilę wypatrując obiadu na dopiero co skoszonych łąkach. Dosłownie na chwilę i w odległości, z której nie dało się wykonać zdjęcia pojawił się też symbol Strzeleckiego Parku Krajobrazowego orlik krzykliwy. Pełnię szczęścia dopełnił widok jastrzębia uciekającego z ofiarą i upragniony trzmielojad, który wskoczył na 198 miejsce na liście ptaków sfotografowanych przeze mnie w Polsce.

Równie wiele co na niebie działo się również w trawie i gęstych kępach krzewów. Dzięki objęciu tych terenów specjalną ochroną rolnicy nie stosują tam inwazyjnych oprysków, co przekłada się na raj dla ptaków. Liczne owady tworzyły istny kobierzec na szczytach kwiatów i traw. Są to idealne warunki dla wielu ptaków do odchowania potomstwa i dla ornitologa amatora żeby dać się pokąsać każdemu chętnemu insektowi. Spacerując ścieżką można było oglądać uwijające się pliszki siwe i żółte, srokosze, świerszczaki, potrzosy, trzciniaki. Na łąką przy starym korycie rzeki kilka razy śmignął zimorodek, dudek i śmieszki. Gęsi słychać było z okolicznych pól, w oddali na pastwisku spacerował samotny żuraw.
Z wyraźnego obniżenia terenu z dala od ścieżki wystawało kilkadziesiąt białych i siwych głów czapli. Nad którymi śmigały mieszane stada jerzyków, dymówek, oknówek i brzegówek. Niekiedy trudno się było zdecydować w co wycelować obiektyw czy soczewki lornetki.
Przeczytaj także o innych wyprawach ornitologicznych – Runde – ptasia wyspa – wyprawa do Norwegii na maskonury
Wiem, że część z Was chętnie sprawdza listy gatunków jakie udało mi się zarejestrować podczas moich wypadów. I tym razem nie sprawię Wam zawodu. Poniższa lista zawiera gatunki zarówno widziane jak i słyszane podczas całego weekendu. Niestety pomimo kilkudziesięciu minut wyczekiwania na derkacza, który jestem przekonany, że siedział zaraz obok, nadal nie udało się go choćby zobaczyć.

Oczywiście nie brakowało też ssaków, gadów i płazów. Kilkukrotnie szlak ścieżki przeszedł mi lis. Sarny spokojnie pasły się na bujnej roślinności. Kilka wizyt nad samą rzeką pozwoliło popodglądać z dużej odległości zajętego podgryzaniem gałązek bobra europejskiego. Spacerując po ścieżce trzeba było również uważać na uciekające spod nóg zwinki i zaskrońce. Z wielu miejsc odzywały się żaby wodne, moczarowe i kumaki. W niedzielny poranek mieliśmy za to okazję na bardzo bliskie spotkanie z zającem, który bardzo, ale to bardzo chciał przejść obok nas, ale nie miał śmiałości. W końcu kiedy obaj celowo się odwróciliśmy przeszedł dosłownie 2 metry obok nas. Jego uszatych pobratymców nie brakowało na łąkach. Naprawdę było się czym zachwycać.

Dolina Bugu i Strzelecki Park Krajobrazowy to fantastyczne miejsce jeśli poszukuje się ciszy i kontaktu z dziką naturą. Myślę, że gdybyśmy mieli więcej czasu, a słońce przez większość naszego wyjazdu nie dogrzewało tak dotkliwie to lista zaobserwowanych ptaków byłaby jeszcze bardziej okazała. Każdemu z Was polecam wizytę w tych rejonach, a jeśli na taką się skusicie mam dla Was garść przydatnych rad.
Przez większość lata, każdą chwilę jaką spędziłem nad wodą wypatrywałem innych kaczek niż pospolite krzyżówki. Niestety bez efektów. Nawet na ścieżkach ornitologicznych Poleskiego Parku Narodowego słynących z bogactwa gatunków ptaków wodnych się nie udało. Widywałem masę kormoranów, perkozów, gęsi, ale nie kaczek. Z nadzieją na ciekawe obserwacje nowych gatunków kaczek zapakowałem plecak, wsiadłem na rower w ciepły listopadowy poranek wybrałem się nad Zalew Zemborzycki.

Ze względu na miejsce zamieszkania, nad Zalewem Zemborzyckim jestem dość często. To w końcu tylko 15 minut rowerem i już mogę cieszyć się terenami zielonymi, pięknym zbiornikiem wodnym, pobliskim lasem i tzw. rękawem – najdzikszym miejscem zalewu o charakterystyce bagnisto-szuwarowej (jest to zwężenie zalewu na jego południowo-wschodniej części). Częste odwiedziny pozwoliły mi, myślę, że już dobrze zapoznać się awifauną tego miejsca. Jednak każde odwiedziny to nowe zaskoczenie. Zalew to naprawdę skarbnica przyrody.
Podczas moich dotychczasowych wycieczek z lornetką i aparatem miałem okazję zaobserwować tam mnóstwo gatunków ptaków:
Wystarczy odrobina uwagi i ciche zachowanie. Nawet tak blisko dużego miasta natura potrafi zaskoczyć swoim bogactwem i pięknem. Właśnie z powodu owego bogactwa i bioróżnorodności tego środowiska miałem nadzieję, że tym razem uda mi się spotkać jakieś nowe gatunki kaczek, które przecież mają tam świetne warunki bytowania. Jako, że nie musiałem się śpieszyć postanowiłem spędzić tam cały dzień. Zabrałem więc ze sobą nowy tytanowy kubek, kiełbaskę, kilka bułek i kawę.
Wyprawa choć krótka i w tereny znane mi bardzo dobrze, okazała się satysfakcjonująca i zaskakująca. Kiedy dotarłem na sam zalew wyjątkowo postanowiłem wybrać inną niż zazwyczaj trasę.
Każdy mój wypad w to miejsce ma swój cel w okolicach rękawa. Jest to zdecydowanie najciekawszy, najcichszy i oferującą najładniejsze widoki zakątek zalewu. Praktycznie każdy mój wypad w te okolice odbywa się ścieżką rowerową wiodącą przez las przy wschodnim brzegu zbiornika. Tym razem jednak wybrałem ścieżkę po zachodniej stronie.



Pierwsze jesienne ptaki jakie miałem okazję obserwować to jak zwykłem mawiać okołozalewowy standard
Praktycznie wszędzie przy zalewie można dostrzec sroki, sójki, gawrony, kawki, wrony siwe, kaczki krzyżówki i czernice. Na wysokości otwartego w sezonie letnim baru Widok dostrzegłem duże stado buszujących na polach mazurków.


Jadać dalej w stronę mostu nad ulicą Cienistą spotkałem bardzo towarzyskie stadko. Hałaśliwe mewy śmieszki rywalizowały o najlepsze miejsca do obserwacji okolicy. Bardzo ochoczo również pozowały do zdjęć. Przyciągnąłem również uwagę bardzo ciekawskiego łabędzia niemego. Który podpłynął pod sam brzeg, prawdopodobnie był on przyzwyczajony do karmienia przez spacerowiczów. Niestety nie miałem nic wartościowego co mógłbym mu rzucić, a nie jestem zwolennikiem karmienia ptaków pieczywem.



Kiedy nieśpiesznie dotarłem w okolice rękawa zalewu solidnie już zgłodniałem. Poza tym nastał czas na poranną kawę. Znalazłem więc stare stanowisko wędkarskie z miejscem na ognisko i postanowiłem zjeść gorące śniadanie. Kilka minut zbierania chrustu i już cieszyłem się ogniem i skwierczącą nad nim kiełbaską.
Podczas krótkiego biwakowania miałem nawet gości. Najpierw nawiedził mnie wzburzony strzyżyk. Chwilę później, aby sprawdzić o co cały ten ambaras, zaleciała samiczka bogatki zwyczajnej.


Zakupiony na aliexpress tytanowy kubek z górnym uchem spisał się świetnie, woda na kawę zagotowała się szybko. Miałem obawy, że będę miał kłopot z napiciem się kawy, ponieważ nie zabrałem ze sobą swojego składanego gumowego kubka. Obawy jednak szybko poszły w niepamięć. Kubek bardzo szybko wytracał temperaturę. Do tego stopnia, że po kilku minutach mogłem złapać nawet za dno. Kawa w środku za to, utrzymywała ciepło bardzo długo.
Jesienna wyprawa nad zalew okazała się zaskakująco obfita w gatunki ptaków jakich do tej pory nie miałem okazji oglądać. Było na tyle ciekawie, że postanowiłem ponowić spacer kolejnego tygodnia. Z drugiego spaceru nad zalewem nie będę tworzył wpisu. Dlatego poniżej publikuję zdjęcia nowych gatunków na mojej obserwacji z obu przygód.




Oba jesienne spacery były dla mnie nie tylko okazją do zaobserwowania nowych gatunków i podładowania baterii. Również spotkanie gatunków ptaków, które widywałem już wcześniej sprawiło mi wiele przyjemności. Największym zaskoczeniem był dla mnie widok zimorodka w bardzo ruchliwym miejscu – zaraz przy ścieżce rowerowej – oraz małe stadko raniuszków buszujących po gałązkach brzozy.
Zimorodek jak zawsze czmychnął nim udało mi się zrobić dobre zdjęcie. Mam nadzieję, że przy kolejnym spotkaniu będę miał więcej szczęścia i uda mi się w końcu zrobić satysfakcjonujące zdjęcie.


Ponieważ tej jesieni jeszcze nie raz wybiorę się nad zalew z lornetką i aparatem, jesienne ptaki jakie spotkam zasilą poniższą galerię.



Rezerwat przyrody Piskory znajduje się na terenie gminy Żyrzyn, opiekę nad nim sprawuje zaś Nadleśnictwo Puławy. Choć możecie mi wierzyć długo się zastanawiałem, czy słowo opieka, w poprzednim zdaniu nie powinno być ujęte w cudzysłowie. Dlaczego? O tym kilka słów później.

Rezerwat Piskory utworzono w 1998 roku. Celem powołania rezerwatu było zachowanie zespołu ekosystemów o dużej różnorodności biologicznej. Na terenie objętym ochroną wyróżniono ekosystemy bagienne, leśne i wodne. Jest to w szczególności bardzo cenna ostoja ptactwa wodno-błotnego. Można tam spotkać między innymi – bąka, bielika, zielonkę, puchacza, orlika krzykliwego, żurawia czy rybitwę białoskrzydłą. Do tego szacuje się, że występuje tam jedna z największych krajowych populacji perkoza zausznika.
Niestety, ja nie miałem okazji zaobserwować ani jednego z tych gatunków. Jedynie żurawie wieczorem dawały o sobie znać swoim doniosłym klangorem.
Nadleśnictwo Puławskie „sprawuje opiekę” nad rezerwatem Piskory. Niestety, opieka ta nie wychodzi im najlepiej. Specyfika rezerwatu opiera się na płytkim jeziorze, od którego nazwy wzięła się nazwa rezerwatu.

Piskory to jezioro w ogromnej części gęsto porośnięte trzciną. Taka charakterystyka sprawia, że lustro wody, przy którym możemy dostrzec większość z wymienionych wcześniej gatunków ptaków, widać było jedynie z wież obserwacyjnych. Te zaś zostały zdemontowane… Leśnicy zdemontowali stare wieże z myślą o tym, że pieniądze na nowe otrzymają z programu unijnego. Wniosek jednak został odrzucony na przedbiegach.
Stare wieże zostały zdemontowane pod pretekstem słabego stanu i możliwości zawalenia. Co innego jednak wynika z moich rozmów z okolicznymi mieszkańcami i przyrodnikami, którzy często tam bywali. Decyzja o zdemontowaniu starych wież i zastąpieniu ich nowymi zapadła więc kiedy nie było w ogóle wiadomo, czy na nowe faktycznie znajdą się pieniądze. Może wystarczyłoby wymienić kilka desek… Tego się już nie dowiemy, ponieważ po starych wieżach obserwacyjnych pozostały tylko straszące kikuty.

Plan był prosty, pakuje manatki na 3 dniowy biwak, wsiadam na rower i po około 60 kilometrach jestem na miejscu. Plan z małymi przygodami, ale się powiódł. Do tego zaliczyłem krótki, ale bardzo satysfakcjonujący postój gdzieś na polach pomiędzy wsią Sielce, a miasteczkiem Osiny. Krótki odpoczynek okazał się obfity w obserwacje. Na listę moich zaobserwowanych gatunków ptaków wskoczył Potrzeszcz oraz Jer.
Bardzo zależy mi na tym, aby przyroda w swoim naturalnym, niezakłóconym stanie została zachowana jak najdłużej. Chcę, aby przyszłe pokolenia mogły z fascynacją obserwować to, czym dziś zachwycam się ja. Właśnie dlatego z dużą powagą traktuję zasady obowiązujące w rezerwatach przyrody i parkach narodowych. Zatem biwak w samym rezerwacie Piskory odpadał. Znalazłem jednak kawałek przejrzystego mieszanego lasu, pełnego podgrzybków. Tam właśnie postanowiłem rozbić obóz na noc z piątku na sobotę.
Kiedy rozstawiłem tarpa, zdecydowałem, że ze względu na wilgoć potrzebna będzie również podłoga. Domyślałem się, że taka potrzeba może wystąpić, dlatego zawczasu kupiłem brezentową plandekę ogrodniczą 2 x 3 metry. Lekka, wystarczająco wodoodporna i z wzmocnionymi otworami na śledzie – świetnie spełniła swoją rolę. Tylko kolor mógłby mniej rzucać się w oczy.

Ponieważ prognoza pogody zapowiadała zimną noc, postanowiłem sprawdzić swoje umiejętności bushcraftowca. Postawiłem swój pierwszy ekran cieplny, którego zadaniem jest odbijanie ciepła z ogniska w stronę schronienia. Tutaj błędem okazało się zabranie ze sobą składanej piły zamiast siekierki. Poradziłem sobie jednak całkiem nieźle, do zaostrzenia gałęzi stanowiących podpory użyłem noża. W ziemie udało mi się je stabilnie wbić używając solidnej kłody drewna jako młotka.





Finalnie ekran stanął. Nie był idealny, bo mógłby być bardziej szczelny i wyższy. Dodatkowo jego postawienie zajęło mi niewspółmiernie dużo czasu i pochłonęło sporo sił. Wniosek na przyszłość – siekierka do tego celu jest o niebo lepsza od piły
Po drodze do rezerwatu zatrzymałem się w Bałtowie. Ponieważ nie chciałem nadmiernie obciążać siebie i roweru wyjeżdżając z Lublina miałem przy sobie jedynie baton proteinowy i bidon wody. Podczas zakupów żywności podpytałem miejscowych o sam rezerwat i ewentualne grzyby. To właśnie podczas tych rozmów za każdym razem słyszałem rozzłoszczone komentarze o wieżach obserwacyjnych. Dowiedziałem się jednak, że w lasach w okolicy rezerwatu można znaleźć grzyby. Postanowiłem więc, że to wykorzystam i ugotuje sos grzybowy.
Przepis miałem dość prosty – grzyby, boczek, cebula, papryka i odrobina śmietany. Kupiłem wszystko czego potrzebowałem i ruszyłem w drogę.
Już podczas budowy ekranu cieplnego i zbierania opału na ognisko udało mi się zebrać sporo młodych podgrzybków. Kolacja zapowiadała się więc bardzo smacznie. Jak widać na poniższych zdjęciach – taka właśnie była 



Po zjedzonej kolacji, zmęczony wymagającą podróżą i budową schronienia, usnąłem dość szybko. Kolejnego dnia planowałem wstać skoro świt, aby wypatrywać dzikiej zwierzyny. Ten plan się udał, choć w całkiem opaczny sposób. Kiedy około 6:40 wyskoczyłem ze śpiwora i zacząłem się przebierać z kompletu nocnej bielizny termoaktywnej odwiedził mnie łoś!
Niestety, stojąc w samych bokserkach przy około 3 stopniach temperatury, w środku lasu około 10 minut po świcie nie udało mi się zrobić dobrego zdjęcia. Nagrałem jednak króciutki film, na którym wprawione oko może go wypatrzeć pomiędzy gałęziami.
Po komfortowo jak na te warunki przespanej nocy i nieoczekiwanym spotkaniu z łosiem szybko rozpaliłem ponownie ogień. Zrobiłem sobie gorącą kawę, zjadłem śniadanie i sprzątnąłem obóz. Sobotę miałem zarezerwowaną na całodniową obserwację przyrody. Niestety kilka rzeczy solidnie utrudniło mi realizację planu. Pierwszą był brak wież obserwacyjnych, o których pisałem wyżej. Drugą duża ilość grzybiarzy.
Wysyp grzybów ściągnął w okolice sporą ilość poszukiwaczy. Nie tylko płoszyli oni zwierzęta, ale i sprawiali potencjalne zagrożenie dla mojego obozu. Mój ekwipunek był ciężki i nie uśmiechało mi się pakowanie wszystkiego do plecaka. Tropienie zwierzyny z takim bagażem, również odpadało. Musiałem ograniczyć się najbliższych kilkuset metrów wkoło obozu.

Dopiero kiedy w lesie zrobiło się pusto i cicho mogłem eksplorować zakątki bardziej oddalone od miejsca, w którym pozostawiłem obóz. W ten sposób natrafiłem na ogromną polanę częściowo porośniętą trzciną, z kilkoma kępkami młodych brzózek. Wkoło polany rozstawionych było 7 ambon. Postanowiłem skorzystać z jednej z nich i przenieść obóz w jej pobliże.
Decyzja okazała się bardzo trafna, to właśnie z ambony udało mi się przeprowadzić najbardziej ekscytującą obserwację tego wyjazdu.
Z biwaku wróciłem autem. Kiedy żona zobaczyła moje zdjęcia kolacji zapragnęła spaceru w poszukiwaniu grzybów. Pod pretekstem grzybobrania zapakowała się w kombi i po mnie przyjechała. Grzybobranie okazało się obfite w dorodne podgrzybki, a ja dzięki temu uniknąłem kolejnych 60 kilometrów drogi na coraz bardziej skrzypiącym rowerze.









Całość wyjazdu z punktu widzenia bushcraftowca oceniam bardzo dobrze. Z punktu widzenia obserwatora zwierząt dużo słabiej. Byłem mocno zawiedziony brakiem wież obserwacyjnych, co uniemożliwiło mi fotografowanie ptactwa wodnego. Mimo wszystko na moją listę zaobserwowanych zwierząt wskoczyły:
Ptaki:
Ssaki:
Przy okazji wyjazdu do rezerwatu po raz pierwszy testowałem działanie sportowego zegarka z GPS – Amazfit GTR. Wynik testu znajdziecie tutaj > https://przygodyprzyrody.pl/xiaomi-amazfit-gtr-dlaczego-warto/
Wyjazd z Lublina lekko się przeciągnął, musieliśmy spakować kilka dodatkowych rzeczy, zrobić zakupy i powierzyć przyjacielowi opiekę nad naszymi dwoma kotami. Z tego powodu w środę kiedy opuszczaliśmy miasto wstukałem od razu do nawigacji Poleski Park Narodowy. To przy zadaszeniach turystycznych przy wejściu na ścieżkę przyrodniczą Perehod postanowiłem spędzić pierwszą noc.

Na miejsce dotarliśmy około 17:40, więc postanowiliśmy skorzystać z ostatnich promieni słońca (które tego dnia zachodziło o 18:52) i przejść do najbliższej wieży obserwacyjnej na ścieżce. Ponieważ szybko zachodzące słońce nie dawało większych szans na jakiekolwiek fotografowanie, aparat pozostawiłem w aucie. Szybko tego pożałowałem.
Pierwszym ptakiem jakiego udało nam się zaobserwować na ścieżce Perehod był król polskiego nieba. Dorosły bielik poderwał się do lotu z pobliskiego uschniętego drzewa i szybko zniknął za lasem. Taki obiecujący początek zapowiadał naprawdę udaną wycieczkę. Po kilkunastu minutach spaceru i zaobserwowaniu przez lornetkę kormoranów, gęsi, kilku czapli białych i siwych, sikor, perkozów i kaczek krzyżówek musieliśmy wracać, aby nie rozbijać nowo nabytego namiotu po ciemku. Jak praktyka jednak zweryfikowała, ostatnie śledzie wbijałem już przy świetle latarki czołowej 
Na koniec szybko rozpaliłem ognisko – co było dobrym treningiem kilku przydatnych umiejętności. Odkąd nabyłem krzesiwo marki Light my fire staram się nie używać w terenie zapałek czy zapalniczki. Płomień zazwyczaj rozniecam przy użyciu kory brzozy (jak się to robi pokażę w innym wpisie).
Zadaszenia turystyczne w Poleskim Parku Narodowym mają to do siebie, że jest na nich naszykowany opał. Był to jednak opał, z którego ciężko rozniecić ogień. Duże bale dorosłego drzewa długo się rozpalają, a po zmroku nie miałem ochoty wchodzić w gęstwinę po drobniejsze gałązki. Była to jednak okazja do przećwiczenia batonowania nożem. Po kilku minutach ogień już się palił, a my czekaliśmy na wrzątek
Noc w namiocie pomimo dość niskiej temperatury minęła nam dość komfortowo. Ponieważ żona nie posiada jeszcze turystycznego ekwipunku (poza karimatą), zakładaliśmy, że noce będziemy spędzać niedaleko auta. Dało nam to komfort spakowania dużej ilości koców i poduszek bez zwracania uwagi na wagę czy objętość. Ja jednak chciałem przetestować wygodę noclegu w swoim zestawie (śpiwór + mata samopompująca).
12 września wstałem na długo przed świtem. Szykowałem się do pierwszego przejścia ścieżki solo. Żona w tym czasie jeszcze smacznie spała. Ubrałem się więc w mundur maskujący, uzbroiłem w swój aparat i lornetkę i na jakieś 20 minut przed świtem wyruszyłem w trasę.
Zanim dotarłem nad jeziora stanowiące gwóźdź programu ścieżki Perehod poszedłem w stronę wrzosowisk graniczących ze ścieżką rowerową Mietiułka. To właśnie z tej strony przez całą noc słychać było rykowisko jelenia szlachetnego. Niestety same jelenie schowały się za granicą krzaków, a w Parkach Narodowych obowiązuje zakaz schodzenia ze ścieżek. Niemniej widok pokrytych mgłą wrzosowisk i dochodzące potężne ryki zasłużyły na uwiecznienie
Spacer wzdłuż ścieżki Perehod oferuje mnóstwo ciekawych obserwacji dla każdego miłośnika przyrody. Świt przywitał mnie nad wodą wymarzonym widokiem.

Bielik siedział dość daleko, więc jakoś zdjęcia pozostawia wiele do życzenia. Niemniej takie ujęcie jest spełnieniem moich marzeń i celu. To właśnie w tym celu wybrałem Perehod na wędrówkę o samym brzasku.
Aby nie rozwlekać zbyt długo opisowej części, powiem krótko. Dla każdego miłośnika natury Poleski Park Narodowy jest miejscem, które trzeba odwiedzić po prostu obowiązkowo. Pomimo, że była to moja druga wizyta na ścieżce Perehod podczas dwóch spacerów (samotny o świecie, z żoną po śniadaniu) udało mi się sfotografować Perkozka. Którego wcześniej nie miałem na swojej liście udokumentowanych obserwacji.
Poniżej prezentuje galerię wszystkich (nie tylko ptaków) obserwacji z tej ścieżki.













Poleski Park Narodowy oferuje wiele ciekawych miejsc. Na drugi punkt programu tego dnia wybraliśmy wycieczkę na ścieżkę Czahary. Dotarliśmy tam około godziny 14 i zostaliśmy na noc. Jak się później okazało – nie powinniśmy, ale o tym kilka zdań poniżej.
Dojazd do ścieżki nie był jakoś specjalnie skomplikowany. Jednak Google Maps poprowadziło nas nie dość, że trasą okrężną to i bardzo nierówną.
Jeśli kiedyś wybierzecie się na tę ścieżkę i będziecie zainteresowani spacerem po kładkach nad bagnem nie zatrzymujcie się na parkingu przy wieży widokowej. Jest to punkt do odpoczynku i obserwacji miejsca wieczornych zlotów żurawi. Do samej ścieżki z tego miejsca pozostaje jeszcze około 2 km drogi przez pola. Swobodnie można pokonać tę drogę autem. Przy wejściu na ścieżkę są zorganizowane miejsca postojowe więc nie ma potrzeby wydłużać spaceru.

Niestety sierpień 2019 był okrutnie suchym miesiącem. Początek września przywitał nas więc na Czaharach zamiast uroczym bagnem, wyschniętą na popiół rozległą łąką. Jak możecie się spodziewać taka aura nie sprzyjała aktywności fauny. Więc i obserwacje były raczej skromne, choć satysfakcjonujące.















Więcej okazji do ciekawych obserwacji miałem właśnie po drodze przez pola niż na samej ścieżce.
Zachęcony bliskością wieży obserwacyjnej z widokiem na niedalekie bagno, na którym nocuje całe mnóstwo żurawi, zdecydowałem, że kolejną noc pod namiotem spędzimy właśnie przy zadaszeniach turystycznych przy ścieżce Czahary. Niestety było to wbrew regulaminowi, o czym zostaliśmy o poranku pouczeni przez pracownika Parku. Na szczęście okazał on nam sporo wyrozumiałości. Przyznał, że faktycznie nigdzie nie można znaleźć informacji o tym zakazie nocowania na Czaharach .
Świt na wieży obserwacyjnej był magicznym przeżyciem. Skupiony na wieży obserwacyjnej razem z okazałą grupą miłośników przyrody miałem okazję podziwiać około 5:30 rano wspaniałe widowisko. Niestety słońce wstawało tego dnia bardzo leniwie. Sprawę dodatkowo utrudniała słaba widoczność przez mgłę. Przez to mój raczej mało profesjonalny aparat w połączeniu z umiejętnościami nowicjusza zaskutkowały skromną ilością udanych zdjęć z porannego odlotu setek (o ile nie tysięcy) żurawi.

Ostatni dzień biwaku w Poleskim Parku Narodowym minął nam dość leniwie. Wybraliśmy się na spacer po dwóch ścieżkach dydaktycznych Spławy oraz Dąb Dominik. Te dwie ścieżki okazały się dość skąpe w możliwości obserwacji zwierząt. Jedynie na Spławach mieliśmy okazje przyjrzeć się z bliska pięknym zaskrońcom, których było zatrzęsienie.
Więcej o tych pięknych wężach znajdziesz w artykule – Zaskroniec zwyczajny – najpospolitszy wąż w Polsce










W tym roku na swoim koncie kilka ciekawych wycieczek. Między innymi w Bieszczady, mimo to biwak w Poleskim Parku Narodowym był wyjątkowy. Po pierwsze fantastycznie, ze udało mi się namówić żonę na nocowanie w dość surowych warunkach u samego schyłku lata, kiedy noce bywają już chłodne. Po drugie, trzecie i czwarte – bogactwo przyrody, piękne krajobrazy oraz przemili napotkani ludzie. Wszystko to sprawiło, że ta wyprawa znalazła szczególne miejsce w moich wspomnieniach i na pewno często będę wracał do Poleskiego Parku.

Przydatne linki:

Korzystając z ostatnich dni urlopowych w tym roku i dobrej pogody postanowiłem wybrać się do Poleskiego Parku Narodowego. Oferuje on kilka ciekawych ścieżek przyrodniczych, które przeznaczone są dla turystów oraz obserwatorów przyrody. Jako, że od niedawna zaliczam się do obu grup wybrałem najciekawszą z perspektywy miłośnika ptaków ścieżkę – Perehod.
Wyprawę zacząłem wcześnie rano, plan był następujący:
Trasa piesza przez Park z Wytyczna do Pieszowoli to około 12 kilometrów. Po drodze zahaczyłem o wieżę widokową przy Durnym Bagnie i zboczyłem z trasy na pola o nazwie Wielki Łan na potrzeby sfotografowania szybującego nad łąkami Bielika. Łącznie dojście do samej Pieszowoli i ścieżki Perehod zajęło mi około 4,5 godziny. Łącznie pokonałem pieszo około 15 kilometrów.
Podczas wędrówki robiłem częste postoje podziwiając okoliczną faunę, florę i przepiękne widoki. Szczególnie do gustu przypadły mi krajobrazy Wielkiego Łanu, Durne Bagno oraz liczne oczka wodne porośnięte liliami i rzęsą wodną. Raz po raz zatrzymując się, aby spojrzeć przez lornetkę zauważyłem wiele ciekawych okazów ptaków. Już w drodze na ścieżkę Perehod udało mi się zaobserwować kilka ciekawych gatunków.
Bielik, szpaki, skora uboga, kilka sójek, żurawie, para dzięciołów dużych, kopciuszek, szczygieł. Już w drodze do Pieszowoli wiedziałem, że pod kątem obserwacji i dokumentacji nowych gatunków będzie to bardzo udany dzień. Zanim dotarłem na Perehod już miałem na koncie udokumentowane obserwacje bielika, żurawi i sikory ubogiej, których jak dotąd nie udało mi się sfotografować. Dopiero w domu okazało się, że wykonane zdjęcia nie są najlepszej jakości, ale jak to się mówi – lepiej takie niż żadne
Po dotarciu w miejsce docelowe od razu spotkało mnie niebywałe szczęście. Wybierając się w trasę miałem ogromną nadzieję, na spotkanie z błotniakiem stawowym, którego również jak dotąd nie miałem okazji obserwować. Po dotarciu nad jeziora stanowiące główne miejsce obserwacyjne ścieżki Perehod zaszedłem do umiejscowionej tam czatowni ornitologicznej. Właśnie z jej pokładu miałem możliwość zaobserwować i sfotografować błotniaka stawowego w czasie łowów.
Kiedy drapieżnik już odleciał postanowiłem wdrapać się na wieżę widokową zlokalizowaną zaraz obok czatowni i tam zjeść i odpocząć. Kiedy wchodziłem na wieżę prawdopodobnie spłoszyłem siedzącego jakieś 150 metrów dalej bąka, odleciał zbyt szybko żebym mógł udokumentować spotkanie.
Jeszcze w trakcie odpoczynku wypatrzyłem na wodzie odpoczywające krzyżówki i gęgawy. Przy trzcinowisku polowały natomiast czaple białe i siwe. Po krótkim odpoczynku wybrałem się w stronę wschodniej części ścieżki, gdzie udało mi się udokumentować pierwsze spotkanie ze wspomnianą wyżej gęgawą, kormoranem zwykłym oraz perkozem dwuczubym. Poza tym na wodzie wypatrzyłem też kilka łabędzi niemych oraz z dużej odległości mewy – prawdopodobnie śmieszki.
W drodze powrotnej byłem już nieco mniej uważny. Zmęczenie i braki wody, która skończyła mi się jakieś 15 minut marszu od najbliższego sklepu dało mi się we znaki. Mimo wszystko udało się wypatrzeć dwa ptaki, które również wskoczyły na listę pierwszych udokumentowanych spotkań – rudzik oraz dzwoniec. Niestety jakość zdjęć również pozostawia wiele do życzenia.
Pomimo, że wiele rzeczy mogłem zrobić lepiej – między innymi zdjęcia i większy zapas wody – jestem bardzo zadowolony z tej wyprawy. Na listę moich udokumentowanych obserwacji wskoczyło za jednym razem aż 9 gatunków ptaków.
Sama wędrówka przez malownicze okolice oraz żywy kontakt z przyrodą również sprawiły mi wiele przyjemności. Nie bez znaczenia na całe wrażenie z wycieczki były również kontakty z miejscowymi ludźmi. W Pieszowoli o pomoc w zakupach poprosił mnie miły staruszek, który z racji inwalidztwa miał z tym problem. Kiedy pomogłem starszemu Panu ten nie mógł sobie darować, że nie może iść ze mną żeby pokazać mi najciekawsze nieoficjalne miejsca do obserwacji zwierząt w okolicy.
Okoliczni mieszkańcy okazali się nie tylko bardzo mili, ale i bezinteresownie pomocni. Podczas wędrówki leśną drogą, którą dwukrotnie przejeżdżał samochód, dwa razy oferowano mi podwózkę. A starsza Pani podlewająca ogródek przy swoim domku w lesie, którą poprosiłem o uzupełnienie butelki wody, nie tylko nalała mi zimnej, pysznej wody prosto ze studni, ale też zapraszała na obiad. Musiałem niestety odmówić, ponieważ śpieszyłem się już na busa powrotnego.
Jeden krótki dzień, a zapadnie mi w pamięci na bardzo długo z ogromną ilością szczegółów. Wycieczkę do Poleskiego Parku Narodowego i nie tylko na Perehod mogę zatem polecić każdemu, nie tylko zapalonym obserwatorom przyrody.
Zapraszam do wpisu, w którym zdradzę Wam jak wyglądał mój trening bushcraftu.

Dobierając ubiór i ekwipunek na wędrówkę w raczej zurbanizowanym terenie planowałem znaleźć miejsce na obóz i nocleg w Starym Gaju opodal Nałęczowa. Stąd dość duży ciężar zabranego ze sobą ekwipunku. Po drodze nastawiałem się na wiele krótkich postojów, podczas których fotografowałem napotkane zwierzęta. Ku mej uciesze, postojów tych było dość dużo.
Podczas wędrówki miałem okazję spotkać wiele ciekawych gatunków zwierząt. Niektóre z tych obserwacji udało mi się udokumentować fotografią. Poniżej lista spotkanych zwierząt oraz galeria.


















Z przeprowadzonych obserwacji jestem bardzo zadowolony, wiele z tych gatunków mogłem obserwować podczas żerowania. Dużym zdziwieniem była dla mnie obecność sarny europejskiej około 200 metrów od centrum Nałęczowa.
Po około 9 godzinach marszu, w czasie którego robiłem mnóstwo zdjęć rozbiłem obóz bushcraftowy na skraju lasu Stary Gaj niedaleko Nałęczowa. Miejsce obozowiska zawsze na mapach będę oznaczał czerwoną chorągiewką.
Ponieważ pogoda tego dnia dopisywała, a prognozy zapowiadały ciepłą noc bez silniejszych porywów wiatru, na mój obóz składał się tarp 3x3m oraz hamak. Zabrałem ze sobą również zestaw naczyń turystycznych, aby przyrządzić sobie ciepły posiłek i kawę.

Był to jeden z moich pierwszych samotnych biwaków w stylu bushcraftowym, traktowałem więc tę wyprawę jako trening kilku umiejętności. Chciałem między innymi przetrenować szybkie i efektywne rozbijanie obozu, kilka przydatnych węzłów, zbieranie odpowiedniego opału, rozpalanie ogniska używając wyłącznie krzesiwa i rozpałki znalezionej w lesie oraz przygotowywanie posiłku w warunkach polowych i samo przygotowanie do noclegu.

Niestety jak okazało się późnym wieczorem źle wybrałem miejsce na biwak. Ponieważ wybrałem skraj lasu, z którego widać było pobliskie zabudowania oddalone o około 1,5 kilometra również i mnie łatwo było zlokalizować. Szczególnie psom, które zwabione zapachem potrawy szybko mnie odnalazły i nękały kilkukrotnie swoim mało przyjaznym nastawieniem. Ponieważ psy były agresywne i nie dawały spokoju nawet po 4 moich interwencjach, zmuszony byłem około godziny 20:00 zwinąć obóz i wezwać żonę, która odwiozła mnie do domu rodziny.
Pomimo, że mój planowany nocleg nie doszedł do skutku całą wyprawę oceniam bardzo dobrze. Była to dla mnie okazja nie tylko do poprawy kondycji w marszu i obserwacji wielu ciekawych gatunków zwierząt. Był to również cenny trening bushcraftu. Podczas marszu spotkałem wiele interesujących zwierząt, a 3 gatunki ptaków udało mi się po raz pierwszy udokumentować – białorzytka, makolągwa, paszkot.
